<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324</id><updated>2012-01-27T01:11:58.153+01:00</updated><category term='encyklika'/><category term='Benedykt XVI'/><category term='pokora'/><category term='św. Józef'/><category term='walka duchowa'/><category term='zabójstwo'/><category term='Maryja'/><category term='społeczeństwo'/><category term='ołtarz'/><category term='Alicja Tysiąc'/><category term='kościół'/><category term='matura'/><category term='kobiety'/><category term='religia'/><category term='święcenia'/><category term='Boże Narodzenie'/><category term='święta'/><category term='sąd'/><category term='Kanon Rzymski'/><category term='Krzyż'/><category term='aborcja'/><category term='manifa'/><category term='ks. Skowronek'/><category term='Gość Niedzielny'/><category term='Miłość'/><category term='&quot;Spe Salvi&quot;'/><category term='Senyszyn'/><category term='nadzieja'/><category term='Nguyen Van Thuan'/><category term='katecheza'/><category term='Msza'/><title type='text'>Ab illo benedicaris in cuius honore cremaberis</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>50</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-6774466565526017228</id><published>2012-01-27T01:11:00.000+01:00</published><updated>2012-01-27T01:11:58.160+01:00</updated><title type='text'>Katolicy na ulicy</title><content type='html'>Przez Polskę przetacza się fala demonstracji przeciwko ACTA. Na ulicach, forach (i tych rzeczywistych, i tych wirtualnych) oraz portalach społecznościowych wrze. Protestujący spod sztandaru "Anonymous" blokują strony internetowe, drogi i place, a jedyne co ich łączy - poza do pewnego stopnia słusznym poczuciem buntu wobec nieuczciwego traktowania - to identyfikacja graficzna. Maska uśmiechniętego osobnika. Utajone oblicze idealisty, walczącego o słuszne prawa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Muszę przyznać, że zawsze, gdy widzę te maski zasłaniające twarze, umieszczane jako awatary, wklejane pod postami i reprodukowane na inne sposoby, chichoczę cichutko. Nie, nie wyśmiewam wcale tych, którzy się za nimi chowają. Przyłączam się tylko do chichotu historii..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem ilu z demonstrujących zdaje sobie sprawę z tego, czyją maskę noszą na twarzach. Większość z nich pewnie myśli, że jest to maska tajemniczego "V", dzielnego anarchisty z filmu (a pierwotnie komiksu) "V jak Vendetta". W jakimś sensie to prawda - to jej najbardziej znana forma. Jednak Alan Moore, pomysłodawca tej fikcyjnej postaci, obdarzył ja "twarzą" prawdziwego bohatera. Konkretnie Guy'a Fawkesa, jednego z uczestników spisku prochowego z 1605 roku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W internecie, którego wolności bronią "anonimowi", nietrudno jest znaleźć informacje zarówno o samym Guy'u, jak i o intrydze. W największym skrócie - Fawkes był angielskim katolikiem, który wraz z przyjaciółmi zaplanował wysadzenie w powietrze Parlamentu, aby w ten sposób utorować drogę powrotu na tron katolickiego monarchy (czy raczej monarchini, Elżbiety Stuart). Spisek ostatecznie nie powiódł&amp;nbsp;się&amp;nbsp;z powodu zdrady. Fawkes został pojmany, a po kilkudniowych torturach skazany na śmierć przez powieszenie i poćwiartowanie. Umarł salwując się ucieczką z szafotu. I choć działania prochowego sprzysiężenia nie przyniosły właściwie żadnych wymiernych rezultatów, to przyświecająca mu&amp;nbsp;idea - z ducha katolicki sprzeciw wobec opresji, dyktatury i braku swobód - pozostała w mocy. Do dziś.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy zbuntowani wobec rządu Polacy znają tę historię? Nie mam pojęcia. Nic nie poradzę jednak, że widok setek osób przebranych za ortodoksyjnego katolika - buntownika walczącego z opresyjnym wobec jego religii aparatem państwowym - sprawia mi pewną uciechę. Tym większą, że niejedna z tych osób zapewne z obrzydzeniem zdarłaby z twarzy maskę Fawkesa, gdyby wiedziała, kogo ona przedstawia. Ot, choćby lider Ruchu Poparcia Samego Siebie i jego akolici. Choć akurat w ich przypadku, poza wesołością, odczuwam także szacunek - do historii i jej Króla, który w ostatecznym rozrachunku nie da byle komu z siebie żartować. Choć Jemu samemu, jak widać, poczucia humoru nie brakuje.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-6774466565526017228?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/6774466565526017228/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=6774466565526017228' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6774466565526017228'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6774466565526017228'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2012/01/katolicy-na-ulicy.html' title='Katolicy na ulicy'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-8842037079745380526</id><published>2011-12-01T23:50:00.001+01:00</published><updated>2011-12-02T01:19:03.451+01:00</updated><title type='text'>Plus catholique que le pape</title><content type='html'>Po "aferze" z ks. Bonieckim i kilku mniejszych sprawach polscy katolicy znowu poddawani są testom na inteligencję i kościelną jedność. Tym razem polem do przepychanek i kreatywnych interpretacji rzeczywistości stała się kwestia stosunku Kościoła do kary śmierci. I tak jak w poprzednich przypadkach dyskusja, która się toczy, dużo bardziej jest rozmową o tym, co się komu w danym temacie wydaje, niż o tym jak jest naprawdę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wilka z lasu wywołał Jarosław Kaczyński, postulując przywrócenie w Polsce kary śmierci. Jaki miał w tym cel ciężko stwierdzić jednoznacznie - chyba tylko taki, by pokazać społeczeństwu, iż jest równie dzielnym (jeśli nie dzielniejszym) szeryfem jak Zbigniew Ziobro. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że realizacja tego zamierzenia wiązałaby się de facto z odrzuceniem przez Polskę Karty Praw Podstawowych i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, deklarację Kaczyńskiego uznać należy za wypowiedź z gatunku science-fiction. Co innego, gdyby prezes PiS był znany jako zwolennik politycznego buntu przeciwko Wspólnej Europie. Ciężko to jednak zakładać, tym szczególniej, że w dużo dogodniejszych dla takich stwierdzeń sytuacjach bynajmniej nie słyszeliśmy jego krytycznego, czy choćby tylko zaniepokojonego głosu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomysł Kaczyńskiego spotkał się z natychmiastową reakcją innych polityków i publicystów. W kraju, w którym katolicki system wartości jest wciąż (mimo licznych deprecjonujących ten fakt zabiegów) podstawowym punktem odniesienia dla zdecydowanej większości obywateli musiał dość szybko pojawić się argument "Kościół tego zabrania". Argument poręczny, ale tak nieścisły, że aż nieprawdziwy. A gdy się już pojawił, wywołał dyskusję, w której - na podobnej zasadzie jak przy sprawie ks. Bonieckiego - okazało się, że niektórzy polscy katolicy są bardziej katoliccy niż papież.&amp;nbsp; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Problem z katolickim nauczaniem (w tym również tym odnoszącym się do kwestii społecznych) polega na tym, że nie da się go streścić w krótkich, nośnych medialnie komunikatach. Aby je dobrze zrozumieć, trzeba do tematu podejść w bardzo szerokim zakresie, mając "w tyle głowy" cały fundament teologiczny i filozoficzny, na którym się to nauczanie opiera. W katolicyzmie nic bowiem nie funkcjonuje w oderwaniu od reszty i nie powinno być tłumaczone niezależnie od całości systemu. Taka perspektywa wymaga od odbiorców nie tylko uważności, ale także chęci zrozumienia i przyjęcia podstawowych zasad rządzących katolickim światopoglądem, jak świadomości, kto i w jaki sposób je definiuje. Tymczasem w świecie medialno-politycznych sporów rządzi dziś komunikacja, której symbolem stało się 140 znaków twitterowego posta. To, co nie zmieści się w "setce" w wieczornym serwisie informacyjnym, jest trudne do wytłumaczenia, a przez to do przyjęcia. Jeśli dołożymy do tego złą wolę niektórych osób, którym nie zależy na prawdzie, lecz na niszczeniu przeciwników, otrzymujemy w przekazie papkę, którą przeciętnemu katolikowi ciężko jest przełknąć. Sytuacja z karą śmierci pokazuje po raz wtóry, że wiele dylematów i ich małych wojen pomiędzy wiernymi w Polsce wynika z niewiedzy, graniczącej z ignorancją, a powodującej w konsekwencji dezinformację. Gdy zaś w przekaz medialny włączony zostaje dodatkowo głos biskupów i księży, których próby wytłumaczenia stanowiska Kościoła w sposób głęboki i zniuansowany zostają przez dziennikarzy (często bez złych intencji) streszczone np. w jednym zdaniu - najlepiej nadającym się na krzykliwy nagłówek - kończy się to poczuciem zagubienia i braku jednoznaczności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jednak Kościół jest jednoznaczny. Tak w kwestii kary śmierci, jak i w wielu innych tematach (z posłuszeństwem zakonnym włącznie) ma własne zdanie, które precyzyjnie wyrażone jest w oficjalnych dokumentach kościelnych. To właśnie do nich, a nie do medialnych autorytetów, należy się udać, jeśli chce się poznać stanowisko katolickie w danej kwestii. Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie 2267. mówi wprost: "&lt;i&gt;Kiedy tożsamość i odpowiedzialność winowajcy są w pełni udowodnione, tradycyjne nauczanie Kościoła nie wyklucza zastosowania kary śmierci, jeśli jest ona jedynym dostępnym sposobem skutecznej ochrony ludzkiego życia przed niesprawiedliwym napastnikiem. Jeżeli jednak środki bezkrwawe wystarczą do obrony i zachowania bezpieczeństwa osób przed napastnikiem władza powinna ograniczyć się do tych środków, ponieważ są bardziej zgodne z konkretnymi uwarunkowaniami dobra wspólnego i bardziej odpowiadają godności osoby ludzkiej&lt;/i&gt;". Krótko mówiąc Kościół bardzo mocno i na wielu polach zachęca do tego, by tam, gdzie to tylko możliwe, porzucić stosowanie kary głównej, choć jednocześnie nie wyklucza, że mimo wszystko mogą zaistnieć sytuacje, w których musi ona być wykonana. Nie jest to stanowisko, do zrozumienia którego potrzeba wielu lat studiów czy licznych lektur (choć te ostatnie niewątpliwie pomogłyby zrozumieć źródła takiego podejścia w perspektywie nauczania o sprawiedliwości, miłosierdziu, winie, itd.), ale jego poznanie pozwala zrozumieć, że autorytatywne stwierdzenie "Kościół zabrania" jest nieprawdziwe. Wystarczy nie zatrzymywać się w połowie zdania, ani nie widzieć tylko tego, co się chce w danym tekście zobaczyć. Notabene dokładnie to samo podejście, co w zapisie katechizmowym, obecne jest w wypowiedziach Jana Pawła II i Benedykta XVI, które to wypowiedzi przywołuje się często błędnie jako bezwzględne argumenty "przeciw". Oznacza to, jak zauważył o. Dariusz Kowalczyk SJ, że katolikiem można być zarówno popierając karę śmierci, jak też pragnąc jej całkowitej likwidacji (choć w obu przypadkach należy wziąć sobie do serca te aspekty, na które swoich wiernych uwrażliwić chce Kościół).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy - abstrahując od kwestii międzynarodowych aktów prawnych - w Polsce możliwe jest chronienie społeczeństwa przed napastnikami w sposób inny, niż pozbawianie ich życia? W moim przekonaniu tak, lecz mam równolegle świadomość, że jest to kwestia ocenna i jako taka może być przedmiotem dyskusji, w której każdy ma prawo do własnej opinii. Tym niemniej nawet gdyby uznać, że taka dyskusja jest z jakichś względów w Polsce AD 2011 potrzebna, powinna być to tylko i wyłącznie analiza tego jednego aspektu rzeczywistości, a nie dyskutowanie i "zawłaszczanie" katolickiego nauczania - z czym mamy do czynienia obecnie. Ono jest bowiem jednoznaczne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym kontekście dostrzec trzeba jeszcze jeden czynnik, którego istnienie jest niezwykle szkodliwe dla katolickiej spójności w Polsce. W największym skrócie można określić go jako przedmiotowe używanie autorytetu Kościoła na własny użytek w politycznych sporach. Polityka ma nad Wisłą olbrzymi potencjał do dzielenia społeczeństwa, a argumenty emocjonalne oparte o sprawy religii są narzędziem, które działa niezmiernie skutecznie, co pokazały już wydarzenia pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Kolejnym, świeżym przykładem jest tu wypowiedź Stefana Niesiołowskiego w programie "Gość Radia Zet", w którym ów polityk, dawniej prominentny działacz ZChN, określił abp. Michalika mianem krętacza. Pretekstem dla takiego stwierdzenia był wywiad udzielony przez Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, w którym tłumaczył stanowisko Kościoła w temacie kary śmierci. Niestety, na swą własną zgubę, zamiast potępić w czambuł szefa PiS, przedstawił katolickie poglądy w sposób precyzyjny i jasny, za co właśnie spotkała go obelga ze strony byłego wicemarszałka Sejmu, który zapewne wolałby usłyszeć interpretację nie tyle prawdziwą, co zgodną z jego własnymi interesami politycznymi. Ten brak odpowiedzialności i sprowadzanie Kościoła do roli pałki na wroga, wykorzystywanej wtedy, gdy jest to wygodne, a zakopywanej, gdy nam to przeszkadza (warto w tym momencie zauważyć, że Niesiołowski w rozmowie powołuje się na autorytet papieży, mówiąc: &lt;span id="intertext_1"&gt;"Benedykt XVI podobnie jak jego wielki poprzednik wypowiedzieli się kilkakrotnie jednoznacznie przeciwko karze śmierci, nie ma tu żadnych wątpliwości [...] &lt;/span&gt;&lt;span id="intertext_1"&gt;Sprawa jest rozstrzygnięta", a jednocześnie bez żadnego dysonansu 31 sierpnia br. głosował przeciwko ustawie chroniącej w pełni życie nienarodzonych, mimo iż tak kwestia o wiele częściej i bardziej dobitnie pojawia się w wypowiedziach obu Pasterzy Kościoła&lt;/span&gt;&lt;span id="intertext_1"&gt;&lt;/span&gt;) jest niezwykle symptomatyczny. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Casus "wiedzącego lepiej" Niesiołowskiego, choć bardzo jaskrawy, nie jest niestety wyjątkiem (wystarczy przywołać choćby europosła PiS, Ryszarda Czarneckiego, deklarującego się jako katolik, który w reakcji na apel Benedykta XVI stwierdził: "dla nas ważniejsze są słowa abp. Józefa Michalika" - jakby były one w jakimkolwiek stopniu sprzeczne ze słowami papieża). Instrumentalne traktowanie Kościoła i "rozgrywanie" katolików, którzy nie znają na tyle dobrze kościelnego nauczania, aby nie dawać się nabierać na tandetne chwyty, należy dziś do arsenału działań wszystkich większych partii w Polsce (może za wyjątkiem PSL). Sprawa kary śmierci, która jako projekt polityczny była przegrana jeszcze zanim została postawiona publicznie pokazała jednak po raz kolejny, że brakuje nam w Polsce jasnego i precyzyjnego głosu, który klarownie i jednoznacznie, bez niedomówień i pól do prywatnej interpretacji prowadzonej przez domorosłych teologów przedstawiałby prawdziwe nauczanie Kościoła. Szczególnie w sytuacji, gdy głos Kościoła hierarchicznego coraz częściej jest atakowany przez media i polityków niejako "dla zasady". Być może odważne zmierzenie się z tą kwestią jest nowym wyzwaniem dla mieszkających nad Wisłą katolików świeckich? Gdyby się to powiodło, może w przyszłości udałoby się uniknąć politycznego bicia piany tam, gdzie się to odbywać nie powinno.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-8842037079745380526?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/8842037079745380526/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=8842037079745380526' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/8842037079745380526'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/8842037079745380526'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/12/plus-catholique-que-le-pape.html' title='Plus catholique que le pape'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-5620904353430573361</id><published>2011-11-04T02:54:00.000+01:00</published><updated>2011-11-04T02:55:22.569+01:00</updated><title type='text'>Troska o ks. Adama</title><content type='html'>Przez polskie media przetacza się debata: "czy wolno ks. Bonieckiemu zabronić wystąpień?". Rozprawiają o tym poważne tytuły i dziennikarskie tuzy, w internecie powstają "grupy obrony" i "grupy satysfakcji". Dyskusja prowadzona jest przy tym w tonie co najmniej takim, jak gdyby były redaktor naczelny "Tygodnika Powszechnego" został obłożony ekskomuniką i to jeszcze w czasach, kiedy taka ekskomunika robiła wrażenie na ogóle obywateli, a w następstwie tego miał być wtrącony do celi i karmiony suchym chlebem. Wytacza się wielkie działa - decyzja przełożonych księdza miałaby być dowodem na tłamszenie demokracji w Kościele, odbieraniem wolności, cenzurą w orwellowskim stylu, dowodem na upadek biskupów, itp. Za wieloma tego typu wypowiedziami stoi zapewne autentyczna troska i brak zrozumienia motywów takiego posunięcia, podlane emocjami. Jednak fakt, iż w obronie marianina niezmiernie głośno gardłują osoby, które na co dzień udowadniają, iż z dbaniem o Kościół mają niewiele wspólnego (na czele z niezmiernie zaniepokojoną szykanowaniem go Joanną Senyszyn) każe zapytać, czy przypadkiem nie ma tu czegoś na rzeczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Problem z ks. Adamem Bonieckim nie polega wcale na tym, że mówił, ale gdzie i jak mówił. Ciężko jest, przy rzeczowej analizie, jego wypowiedziom odmówić logiki i spójności, jak również osadzenia w autentycznie katolickim duchu. Jednak to, co &lt;span class="commentBody" data-jsid="text"&gt;&lt;span class="text_exposed_show"&gt;w innej sytuacji (np. na kanapie w klasztornym pokoju) byłoby być może subtelną i inspirującą rozmową o fundamentach wiary i &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="commentBody" data-jsid="text"&gt;&lt;span class="text_exposed_show"&gt;niuansach&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="commentBody" data-jsid="text"&gt;&lt;span class="text_exposed_show"&gt; w życiu katolika, w warunkach medialnych jest siłą rzeczy zwulgaryzowane i spłaszczone. Media - szczególnie te duże - nie są bynajmniej miejscem do rzeczowych analiz. Wprost przeciwnie - z zasady nastawione są na wyłapywanie "smaczków", łapanie za słowa i nastawianie rozmówców przeciw sobie. Liczy się krew. A im bardziej ktoś im się "podłoży", tym lepiej. Jego własne intencje nie mają większego znaczenia. W świecie, w którym oczekuje się bieli lub czerni, mówienie odcieniach szarości jest mało skuteczne, a w konsekwencji najczęściej prowadzi do wniosku, że "skoro tak, to znaczy, że wszystko jest szare". Ks. Adam, niestety, nie uniknął wpadania w tę pułapkę.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="commentBody" data-jsid="text"&gt;&lt;span class="text_exposed_show"&gt;Co więcej, nie da się nie zauważyć, że otwartość, potrzeba wychodzenia "na przeciw" i zwykła dobroć ks. Bonieckiego od wielu lat były wykorzystywane przez różnych "zatroskanych" o Kościół, którzy - gdy było im to wygodne - erudycyjne wypowiedzi kapłana, w wersji już zbanalizowanej, wykorzystywali jako poręczny bat na nieodpowiadające im aspekty katolickiego nauczania. Nie inaczej było w ostatnich miesiącach, kiedy to słowa marianina były najczęściej prezentowane w takich kontekstach, że &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="commentBody" data-jsid="text"&gt;&lt;span class="text_exposed_show"&gt;łatwo było je odebrać jako troszczenie się bardziej o dobre samopoczucie ludzi występujących przeciwko katolicyzmowi i społecznemu porządkowi, niż o obronę przed niesłusznymi atakami na osoby wierzące i ich wrażliwości. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="commentBody" data-jsid="text"&gt;&lt;span class="text_exposed_show"&gt;Ostatecznym więc, "masowym" efektem medialnej aktywności ks. Bonieckiego nie było wcale rozjaśnianie katolickiego nauczania, ale dostarczanie "pożywki" i poręcznych argumentów do dzielenia i "rozgrywania" katolików. I choć nie mam wątpliwości, że działo się to wbrew konstytutywnym zamierzeniom ks. Adama (który w moim przekonaniu nie miał nigdy ambicji rozczłonkowywania katolickiej społeczności), to jednak było faktem, wobec którego nie można nieustannie przechodzić obojętnie. Jeśli nie przez troskę o dobro wspólnoty, to choćby tylko przez szacunek do 77-letniego kapłana i jego dorobku.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlatego też, jak mniemam, przełożeni ks. Bonieckiego postanowili ograniczyć pole jego aktywności publicznej do łamów "Tygodnika Powszechnego". Nie jest to, wbrew gorączkowym reakcjom niektórych komentatorów (znowu - czyżby przypadkiem? - prym wiodą tutaj ci "zatroskani"), cenzura czy knebel, ale raczej zapobieganie uprzedmiotowianiu działalności tego kapłana, z czym on sam - może przez naiwność, a może przez nazbyt dobre serce - sobie nie radził. Wydaje się, że krakowskie pismo to jedno z lepszych w Polsce miejsc do prowadzenia niebanalnej dyskusji o Kościele i jego kondycji. Tyle, że takie debaty lepiej jest - w naturalny sposób - odbywać na swoim własnym podwórku i na własnych zasadach, niż na salonach mediów, którym, bądźmy szczerzy, nie zależy raczej zbytnio na integralnym i pomyślnym rozwoju Kościoła - co najwyżej na jego dokrojeniu do ich prywatnych wyobrażeń. I nie oznacza to bynajmniej zamknięcia się na opinie innych, także krytycznie nastawionych komentatorów. Pozwala jednak uniknąć rozmów płaskich i skoncentrowanych na tym, jak tu dyskutanta docisnąć do ściany "ciemnogrodu".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie każdy zakaz ma na celu krzywdę i pozbawianie wolności drugiej osoby. Jednocześnie także nie każde ograniczenie pola wypowiedzi musi być karą. Może więc, zamiast szukać niepotrzebnie skandalu, warto na "Boniecki-gate" popatrzeć także z tej perspektywy i uszanować, w duchu zrozumienia, decyzję władz zakonnych, która nie łamie ani prawa, ani obyczajów. Na pewno będzie to zdrowsze dla Kościoła niż pełne egzaltacji pokrzykiwania Krystyny Jandy, która "tak się zbulwersowała, że powiedziała: występuję z Kościoła". I tak Bogiem a prawdą, gdy w reakcji na tę jeremiadę przed oczyma staje mi św. ojciec Pio (którego ks. Boniecki, mam nadzieję, będzie naśladował w pokorze), trudno o lepszą puentę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-5620904353430573361?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/5620904353430573361/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=5620904353430573361' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/5620904353430573361'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/5620904353430573361'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/11/troska-o-ks-adama.html' title='Troska o ks. Adama'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-5510208603495010425</id><published>2011-10-10T10:02:00.002+02:00</published><updated>2011-10-10T10:02:18.771+02:00</updated><title type='text'>B(l)unt społeczny</title><content type='html'>Wysoki wyniki RPP jest zaskoczeniem. Można się było spodziewać, że partia przekroczy próg 5% (szczególnie po dość mocnej końcówce medialnej - w ostatnim tygodniu Janusz Palikot był praktycznie nieustannie obecny we wszystkich telewizjach, co trzeba uznać za duży sukces jego spin doktorów i równie dużą porażkę polskich mediów, nastawionych na kontrowersje, a nie na poważną analizę programową), ale wynik dwucyfrowy jest bolesny. Pokazuje, że pewien typ myślenia - bezczelnie aroganckiego, egotycznego i wulgarnego - wciąż jest nad Wisłą obecny i to w procencie, którego nie da się pominąć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Palikot obwołany został już głównym zwycięzcą tych wyborów. Jest to w jakiejś mierze słuszne - bez wątpienia to jego poplecznicy mają największy powód do satysfakcji. Jednak nadmierna egzaltacja tym faktem wydaje mi się niepotrzebna, a wręcz szkodliwa. W porannych komentarzach (do wciąż nieoficjalnych wyników) przeczytałem już, że to właśnie RPP rozdawać będzie karty w polskiej polityce, a "kraj JPII stał się krajem JP". Lider ruchu poparcia samego siebie pompuje zresztą ten triumf, opowiadając, że jego wysoki wynik jest dowodem na autentyczne potrzeby polskiego społeczeństwa. I że teraz rządzący muszą jego postulaty poprzeć, bo inaczej będzie to ignorowaniem woli ludu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie dajmy się oszukać. Gdyby to wszystko było prawdą, to w 2001 roku Polska byłaby krajem Andrzeja Leppera. Przed dekadą Samoobrona pierwszy raz weszła do Sejmu, zdobywając 10,20% głosów. Nie przypominam sobie jednak, aby wówczas media i komentatorzy ogłaszali konieczność powszechnego uwzględniania postulatów rolniczego watażki. Pamiętam za to reakcje przeciwne - poczucie kryzysu obywatelskości (w sensie rozumienia demokracji) i upadku życia publicznego. Można więc powiedzieć: nihil novi. Wyraźnie jest w Polsce grupa społeczna, do której trafić można poprzez wznoszenie mocnych, acz niskich intelektualnie (a czasem również moralnie) haseł. Grupa, która potrzebuje "kontrkulturowych", "antysytemowych" deklaracji. Legalizacji narkotyków, prostactwa medialnego i Roberta Leszczyńskiego jako posła. Nie przypadkiem doradcą wizerunkowym Palikota, tak jak Leppera, jest Piotr Tymochowicz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polska nie jest krajem Palikota. I nigdy nie będzie, choć sam lider ugrupowania będzie próbował do tego przekonać polityków, media i wszystkich obywateli. O takie wrażenie będą walczyć też ci wszyscy, dla których naczelną wartością polskiej polityki AD 2011 jest to, by mogli na ulicy zapalić blunta. Ale to nie jest prawda. I łatwo to udowodnić. Wystarczy RPP zmarginalizować identycznie, jak zmarginalizowana została początkowo Samoobrona. Na nieszczęście polskiej demokracji ta druga - w imię doraźnych korzyści politycznych PiS - została "doceniona" koalicją rządową. Pytanie za milion dolarów: czy Tusk będzie chciał być nowym Kaczyńskim?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-5510208603495010425?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/5510208603495010425/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=5510208603495010425' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/5510208603495010425'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/5510208603495010425'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/10/blunt-spoeczny.html' title='B(l)unt społeczny'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-3127217718027349402</id><published>2011-10-05T01:03:00.001+02:00</published><updated>2011-10-05T01:27:56.747+02:00</updated><title type='text'>Nosił Lis razy kilka</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Wizyta Jarosława Kaczyńskiego w programie Tomasza Lisa zdominowała początek ostatniego tygodnia kampanii wyborczej. Nie jest to zaskakujące o tyle, że nie codziennie zdarza się, aby tak wyszczekany i inteligentny dziennikarz jak Lis równie dramatycznie sam siebie nokautował. Kaczyński, który w powszechnej opinii szedł na to spotkanie, by zebrać tam tęgie baty, wyszedł z niego w ostatecznym rachunku z tarczą. Przez większość programu był rozluźniony, a nawet swobodny, irytując się co prawda delikatnie w paru momentach, niemniej nie dając się wyprowadzać z równowagi (co jest zawsze &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;najskuteczniejszym sposobem na tworzenie medialnego obrazu rozmówcy-potwora&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;, a akurat w wypadku tego polityka było zazwyczaj prostą sprawą). I choć nie był to bynajmniej popis medialnego i retorycznego mistrzostwa – niektóre wypowiedzi prezesa PIS ocierały się o butę i zajadłość, a on sam niepotrzebnie wdał się w kilka pyskówek czy dywagacji na mało istotne tematy – większość pułapek prowadzącego omijał bez problemu, a nawet z pewną gracją. Inna rzecz, że Lis wydatnie mu w tym pomagał – agresywny styl rozmowy, zaciśnięte szczeki, tendencyjne pytania i wyciąganie spraw przed 20 lat na każdym widzu, który ma w sobie potrzebę choćby sztafażu obiektywizmu, musiały zrobić jak najgorsze wrażenie. Nic dziwnego więc, że wielu komentujących program dziennikarzy - i tych "pro", i tych "anty" - uznało, że był to żenujący pokaz dziennikarskiej nieporadności i bezwstydnej jednostronności przekazu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uczciwie przyznam, że już na starcie nie spodziewałem się zbyt wiele po tym widowisku. Pobieżna nawet lektura "Wprost" z ostatnich kilku tygodni nie pozostawiła najmniejszych wątpliwości co do sposobu widzenia przedwyborczego świata przez redaktora naczelnego tygodnika, a urocze uwieńczenie tej passy w postaci artykułu przestraszonego jakoby Jakuba Wojewódzkiego dało orientację co do poziomu argumentów. Dlatego też szybkie przejście w telewizji Lisa od programu PIS do niskich chwytów rodem z piaskownicowej pyskówki (jak choćby pouczania o grzeczności) mnie nie zdziwiło. Przez pierwszych kilkanaście minut przyglądałem się co prawda z pewnym zdziwieniem jak Lis masakruje sam siebie, ale i to dość szybko stało się nużące (ile można ostatecznie bawić się czyimś nieudacznictwem?). Moją uwagę przykuły mocniej ostatnie minuty, głównie z tej racji, że autor programu mimowolnie dał wyraz bardzo charakterystycznej cesze reprezentowanego przez siebie modelu dziennikarstwa.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Poszło o Ilonę Klejnowską, jedną z kandydatek PIS do Sejmu. Lis próbując upokorzyć szefa opozycyjnej partii wypytywał go o to, czy zna dobrze imiona, nazwiska i miejsca na listach tzw. Aniołków (sensowność i profesjonalizm w zadawaniu takich pytań zostawmy na boku). Gorzej, że w ferworze przyciskania gościa do ściany sam się poplątał, myląc kandydatki z Płocka i Bydgoszczy. Ot, powie ktoś, wtopa - zdarzyć się może, więc się zdarzyła. Każdego może trafić. Zgoda. Rzecz w tym, że kto inny, może bardziej pokorny i nie tak mocno przekonany o wielkości swojego formatu (a może po prostu bardziej obiektywny), wobec jednoznacznej i pewnej riposty Kaczyńskiego, że Klejnowska z całą pewnością kandyduje z Bydgoszczy, być może próbowałby zniuansować swoją wypowiedź, dodać choćby proste "ok, nie wykluczam, że w tej sprawie się mylę". Ale nie laureat licznych nagród, w tym nominacji do nagrody &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt; NawigaTOR (za udowodnienie, że rzetelne dziennikarstwo i prawdziwą publicystykę można uprawiać na najwyższym poziomie bez względu na medium). On wyraźnie dał odczuć, że on wie jaka jest prawda. A prawda jeśli jest inna, powinna natychmiast się podporządkować woli Tomasza Lisa. "Szóste miejsce z Bydgoszczy, panie prezesie".&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Postawę tę, charakterystyczną dla Najlepszego Polskiego Dziennikarza, ale także dla niektórych innych mainstreamowych publicystów można streścić: "Mówię, choć nie wiem. A im bardziej nie wiem, tym bardziej jednoznaczny i pewny jest mój ton. Bo wiem, że ludzie nie zapamiętają informacji. A nawet jeśli zapamiętają i uznają, że brzmią one fałszywie, to nie znajdą w większości siły lub możliwości weryfikacji usłyszanych słów. Jedyne co zostanie im w głowach to moja pewność i niezmącony jasny wzrok". Dzięki takiemu podejściu zamiast sprawdzonych i rzetelnych informacji otrzymujemy koktajl z tego, co się danemu dziennikarzowi wydaje i tego, co chciałby, aby było, a zamiast mądrości dostajemy przemądrzalstwo. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt; Zanika też poczucie odpowiedzialności za informacje, jakie się dostarcza społeczeństwu. Imperatyw &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;zmieniania świata na własny obraz i podobieństwo rozgrzesza łamanie standardów. Polskie dziennikarstwo coraz mocniej zapada na tę chorobę - symptomy dały się już zaobserwować u Tomasza Lisa, Moniki Olejnik, czy Katarzyny Kolendy-Zaleskiej. Żadne antybiotyki nie pomogą już pewnie załodze z Czerskiej, Janinie Paradowskiej, czy Jackowi Żakowskiemu. Co gorsza dotknięci tym porażeniem są zresztą nie tylko dziennikarze, ale i niektórzy naukowcy i komentatorzy. Różnego typu "pewności", wygłaszane ze znawstwem z piedestału własnego autorytetu na trwałe zatruwają przestrzeń polskiej debaty publicznej, wyrabiając w odbiorcach przekonanie, że do tego, by brać udział w dyspucie nie trzeba mieć argumentów - wystarczy wiedzieć.I tak oto, gdy przychodzi moment, kiedy warto byłoby wejść w dialog okazuje się, że nie bardzo jest komu go poprowadzić. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-3127217718027349402?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/3127217718027349402/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=3127217718027349402' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/3127217718027349402'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/3127217718027349402'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/10/nosi-lis-razy-kilka.html' title='Nosił Lis razy kilka'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-1067219358261603398</id><published>2011-09-09T11:11:00.002+02:00</published><updated>2011-09-09T11:28:02.298+02:00</updated><title type='text'>"Rola i znaczenie cyrku w Unii Europejskiej"</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;No więc okazuje się, że od siedmiu lat Polska nie ma dostępu do morza. Nie, nie mówię o Morzu Czarnym, ale o naszym, Bałtyckim. To znaczy już najwyraźniej nie naszym, gdyż jesteśmy aktualnie w świetle unijnej dyrektywy państwem śródlądowym. Co prawda w encyklopediach nie znajdą Państwo Polski w spisie krajów bez własnej linii brzegowej. Może dlatego, że ją mamy. Co więc, jeśli nie morze, znajduje się w miejscu, gdzie kończy się brzeg? Nie wiadomo. Tego unijni eksperci nie wyjaśniają. Ale proszę się nie martwić, na pewno prędzej czy później i to zostanie wyjaśnione, nazwane i opatrzone stosownymi wytycznymi. Biurokratyczny show must go on.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Opublikowany dziś na stronach Wirtualnej Polski wywiad z prof. Mirosławem Piotrowskim poraża. Polski europoseł przytacza w nim przykłady unijnego prawodawstwa, pokazując jednocześnie fragmenty tła działania europejskich instytucji. Co tam widzimy? Komitety zajmujące się zasadami etykietowania tekstyliów, mądre głowy dyskutujące o tym w jakie wycieraczki powinien być wyposażony ciągnik leśny, debaty, których stawką jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, co zrobić, żeby zwierzęta w UE dobrze się czuły. I niech sobie Państwo nie myślą, że to są sprawy nieistotne. Było nie było formalnie rozprawia o nich siedmiuset członków Parlamentu Europejskiego, z 27 krajów, wybranych w powszechnych wyborach, a więc, sami Państwo rozumieją, muszą, po prostu muszą to być tematy węzłowe, decydujące o przyszłym naszym losie i - jak wszyscy wierzymy - dobrobycie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Głupota europejskich przepisów przestała już śmieszyć. Początkowo można było nawet żartować sobie z określania przez UE dozwolonej krzywizny bananów, czy zakazu kiszenia ogórków, traktując to jako dziwactwa starej ciotki, do której się człowiek uśmiecha i kiwa głową, ale na której gadanie w praktyce niezbyt się zwraca uwagę. Problem jednak w tym, że prawo, choćby było przekomiczne, nadal pozostaje prawem, co oznacza, że wypływają z niego konsekwencje dla rzeczywistości. Jeśli zaś podstawą stanowienia prawa jest tejże rzeczywistości  ignorowanie (w myśl heglowskiej zasady "skoro teoria nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów"), to wchodzimy w przestrzeń dramatu i - co o wiele bardziej niebezpieczne - manipulacji obywatelami. Skoro można, w imię czyichś interesów, przegłosować, że ślimak jest rybą, marchewka owocem, a Polska krajem śródlądowym, to znaczy, że dla osób stanowiących prawo europejskie rzeczywistość przestała być już punktem odniesienia. Znacie Państwo jakąś inną instytucję, która pod jednym dachem gromadzi wiele osób, które przestały mieć kontakt z realnym światem? A czy chcieliby Państwo, aby grono pensjonariuszy takiej instytucji decydowało w sposób wiążący o najdrobniejszych szczegółach Państwa codziennego życia? A czy wiedzą Państwo ile jeszcze i jak absurdalnych przepisów istnieje w unijnych trzewiach i w czym interesie zostały uchwalone?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Jedna z tysiąca parlamentarnych grup roboczych zajmowała się w zeszłym roku problemem: "Rola i znaczenie cyrku w Unii Europejskiej". Nie wiem jak długo obradowali eksperci i ile kosztowały ich konsultacje oraz do jakich doszli wniosków. Ja - choć nie jestem unijnym specjalistą - patrząc na to, co dzieje się w Brukseli, mogę odpowiedzieć krótko: cyrk ma w UE znaczenie konstytutywne, szczególnie w wymiarze klaunady. Będąc małym dzieckiem nigdy nie umiałem się zdecydować, czy ci osobnicy z czerwonymi nosami i pokrytymi bielą twarzami bardziej mnie bawią, czy przerażają. Dziś coraz mocniej skłaniam się ku tej drugiej opcji.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-1067219358261603398?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/1067219358261603398/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=1067219358261603398' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/1067219358261603398'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/1067219358261603398'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/09/rola-i-znaczenie-cyrku-w-unii.html' title='&quot;Rola i znaczenie cyrku w Unii Europejskiej&quot;'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-3544768418753646081</id><published>2011-07-21T14:20:00.003+02:00</published><updated>2011-07-21T16:09:17.435+02:00</updated><title type='text'>Proszę pani, a Jarek się przezywa!</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Miałem kiedyś w przedszkolu kolegę - nazwijmy go roboczo Adam. W naszej grupie był jednym z najbardziej wygadanych i pyskatych chłopaków, a do tego całkiem inteligentnym, co pozwalało mu to stosunkowo łatwo "dogadywać" wszystkim kolegom. A to więc z kogoś się obśmiał, że jest nie dość rozwinięty, a to komuś innemu zarzucił, że jego matka źle się prowadziła, a to coś wspomniał o demonach i ciemnogrodzie, a to o swołoczy i kompleksach (szczególnie, gdy odwiedzał sąsiednią grupę). Jak to często bywa, dość szybko uformował się też wokół niego wianuszek "pretorian" i przyjaciół, którzy z jednej strony grzali w blasku jego chwały, a z drugiej mogli dzięki temu sami pleść różne androny, nierzadko jeszcze bardziej absurdalne niż ich szef. Nie pamiętam już zbyt dokładnie ich imion - na pewno był tam Wojtek, Dominika, Hela, Jacek... Najlepiej zapamiętałem Piotrka, bo co pewien czas lubił się przebrać za dziewczynę, ale było ich tam jeszcze trochę. Taka przedszkolna banda - znają to na pewno Państwo z własnego życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moim kolegom i mnie publiczna aktywność Adama i jego spółki niezbyt odpowiadała i chętnie byśmy zrobili coś, żeby ich utemperować. No ale cóż było robić, skoro byli od nas silniejsi (także fizycznie) i nierzadko potrafili nas przekrzyczeć... Pozostawało nam tylko znosić adamowe obelgi, od czasu do czasu jedynie odgryzając się mu lepiej, lub gorzej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aż pewnego dnia stała się rzecz zaskakująca. Jeden z chłopaków, na co dzień dość wycofany i mówiący cichym, nie do końca zrozumiałym językiem - nazwijmy go roboczo Jarkiem - w trakcie kolejnej wymiany słownych ciosów podszedł do naszych adwersarzy i powiedział im, że są pryszczatymi gnomami i że śmierdzą im stopy. Kłamać nie kłamał - trochę tych pryszczy mieli, a i z myciem nie zawsze było najlepiej, choć w sumie pewnie mógł to powiedzieć delikatniej. Inna sprawa, że wypowiedź ta, niezbyt merytoryczna, a na pewno w kiepskim stylu, nie odbiegała szczególnie od zwykłego języka naszych utarczek. Ot, prawa przedszkolnego życia. "Adamowi" sami nierzadko używali wcześniej takich chwytów, broniąc przy tym jak niepodległości swego prawa do swobodnej krytyki. I wtedy, gdy już spodziewałem się, że za chwilę ust naszych przeciwników popłyną falami soczyste odpowiedzi i wyrazy natchnionego oburzenia (jak to zwykle bywało w poprzednich razach), przez całą przedszkolną salę rozległ się krzyk Adama: "Proszę pani, a Jarek się przezywa!".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszyscy zgłupieli. To jednak było wbrew regułom. Nasza przedszkolna demokracja polegała na tym, że możemy sobie mówić różne rzeczy, ale dopóki ktoś nie przekroczy poważnych granic, nie robimy z tego histerii. "Adamowcy" sami zresztą wielokrotnie odwoływali się do tego prawa i chętnie z niego korzystali. I do tego jeszcze kto jak kto, ale Adam? Żeby ten mistrz docinków i złośliwości zrobił taki numer?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pani, która przybiegła w chwilę potem niezbyt się nawet zastanawiała, tylko z marszu wysłała Jarka do kąta, każąc mu przy tym oddać podwieczorek. Pamiętam, że zdziwiła mnie wtedy również ta jej reakcja, bo byłem przekonany, że doskonale zna zachowanie Adama - także i to, że on sam mało przebiera w słowach. Ale może nie znała? A może tylko tak było wygodniej? Ostatecznie, dziś po latach widzę to lepiej, tata Adama miał trochę do powiedzenia w przedszkolu. W każdym razie niewielki miałem wówczas wpływ na przedszkolny wymiar sprawiedliwości. Mogłem tylko co najwyżej powiedzieć, że ubolewam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niejasna sytuacja wyjaśniła się dość szybko. Gdy tylko pani wyszła znowu z sali Adam, atakowany przez naszą stronę pytaniami "Co ty wyprawiasz?" z miną wytrawnego gracza i anielskim uśmiechem odparł: "A co sobie myśleliście, matoły? Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie! Wolność słowa od dziś polegać będzie na tym, że jak my was obrażamy, to jest to dozwolona krytyka. Ale jak wy będziecie nas obrażać, to my będziemy was ciągać do pani. Bo to już jednak trochę jest przesada, żeby takie mohery jak wy brzydko o nas mówiły! Jakiś porządek musi w tym przedszkolu być i to będzie nasz porządek". Po czym z wyrazem pełnego samozadowolenia odwrócił się na pięcie i poszedł na leżakowanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;----------------------------------&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypomniała mi się dziś ta sytuacja, gdy czytałem relację z posiedzenia sądu w sprawie Agora vs. Rymkiewicz. W sumie sam nie wiem dlaczego. Może to zwykła zbieżność imion?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Zapomniałem napisać, że Adam swoją groźbę spełnił i wielokrotnie później wzywał panią ku pomocy, gdy tylko uznawał, że będzie to wygodniejsze, niż osobiste utarczki. Nie oznacza to, że z nich zupełnie zrezygnował. Zmienił tylko język, dodając więcej "mówi się, że", "jak sądzą niektórzy", "kojarzony z". Podobno zrobiło to na wypadek, gdyby ktoś z nas też chciał pójść do pani na skargę. Kilku nawet próbowało. Ale dowiedzieli się, że muszą uczyć się dyskusji i społecznie dorosnąć, więc więcej już nie próbowali.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-3544768418753646081?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/3544768418753646081/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=3544768418753646081' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/3544768418753646081'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/3544768418753646081'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/07/prosze-pani-jarek-sie-przezywa.html' title='Proszę pani, a Jarek się przezywa!'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-3413938778368813508</id><published>2011-07-06T16:07:00.009+02:00</published><updated>2011-07-06T22:34:48.401+02:00</updated><title type='text'>Jak sobie radzi Iza Kozdraś</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nie lubię tekstów pisanych pod założoną z góry tezę. Jeszcze bardziej nie lubię, gdy takie teksty powstają w obrębie mediów, które chcą się widzieć jako analityczne i merytoryczne.  A już najbardziej nie lubię, gdy pisze się je po to, żeby "dowalić" konkurentom lub pryw&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;atny&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;m antagonistom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przykładem takiego właśnie postępowania jest najnowszy tekst Izy Kozdraś z portalu &lt;a href="http://kampanianazywo.pl"&gt;Kampania na żywo&lt;/a&gt; (&lt;a href="http://kampanianazywo.pl/opinie/blog-kasi-tusk-swietnie-sobie-radzi-lepiej-niz-wpolityce/"&gt;"Blog Kasi Tusk świetnie sobie radzi. Lepiej niż wpolityce"&lt;/a&gt;). Misja - &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;powiedzieć kilka ciepłych słów pod adresem formacji, która jest nam dość bliska&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;. Jak? Najprościej jak się da - używając statystyki. Nie od dziś przecież wiadomo, że statystycznie da się udowodnić praw&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ie wszystko. Do tego, niejako przy okazji, można też &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;dołożyć Karnowskiemu&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;.  Dzięki temu wyjść by z tego mogła mieszanka idealna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy można w artykule Kozdraś odnaleźć jakąkolwiek cenną myśl? Niespecjalnie. Autorka dowodzi w nim, że blog córki premiera to nie " intelektualna pustka, głupoty i przecenione ciuszki", ale niemal poważny projekt biznesowy z patentem na zarabianie pieniędzy ("Kasia Tusk już zaczęła sprzedawać reklamy. Córka premiera może się okazać się zdolnym internetowym przedsiębiorcą"). Jako dowód przytacza, dla porównania, statystyki ruchu na blogu młodej szafiarki i... na portalu &lt;a href="http://www.wpolityce.pl/"&gt;www.wpolityce.p&lt;/a&gt;l. I co się okazuje? "Jej ciuszki zaczynają wygrywać z prawicowym portalem". Ha! &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nie dość, że młoda, zdolna i z dobrym nazwiskiem, to jeszcze z palcem w bucie sama jedna przegania swym z&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;asięgiem zgraję prawicowych oszołomów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem, co było dla Kozdraś celem ważniejszym - przymilić się Tuskównie, czy poszydzić z wpolityce.pl. Już samo porównywanie tych dwóch stron wydaje się być zabiegiem mocno naciąganym (to tak, jakby porównywać liczbę osób oglądających kuchnia.tv i TVN Turbo), ale rozumiem, że gdzie jest potrzeba, tam trzeba znaleźć sposób. Jako narzędzie użyła autorka statystyk ze strony &lt;a href="http://www.alexa.com"&gt;Alexa.com&lt;/a&gt;. Wydaje się jednak, że nie jest z tym portalem zbyt zżyta - gdyby było inaczej, wiedziałaby, że w zależności od tego, jakich statystyk użyje, może swoją tezę podpompować jeszcze bardziej..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na wykresie przedstawionym w tekście córka premiera idzie z portalem Karnowskich łeb w łeb. Ale to dlatego, że wybrane zostało porównanie według odsetka&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; ogól&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;nej liczby użytkowników internetu odwiedzających te strony (Reach). A przecież lepiej byłoby użyć porównania według odsetka osób, których obecność na stronie sprowadza się do jednej odsłony (Bounce%) i od razu byłoby lepiej widać, jak Kasia Tusk miażdży naszego przeciwnika.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-Oj_ZflB0SAo/ThTFjM5AAoI/AAAAAAAAA0k/KXzt_FeNi5Y/s1600/wpvskt.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 151px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-Oj_ZflB0SAo/ThTFjM5AAoI/AAAAAAAAA0k/KXzt_FeNi5Y/s320/wpvskt.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5626339043038986882" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Słucham? Że to akurat niezbyt chwalebny wynik? A kto by tam się tym przejmował, ważne że wykres ładny. Przepraszam? Że w pozostałych porównaniach www.makelifeeasier.pl wypada bladziej? Oj, to po prostu o tym nie mówmy. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Może nikt się nie przyjrzy - a wynik jak znalazł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W moim przekonaniu tekst Kozdraś aż nazbyt dobitnie pokaz&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;uje - choć pewnie wbrew intencjom autorki - na czym polegać może praktyczne manipulowanie statystykami, badaniami i ankietami, które służą udowadnianiu znanych "z góry" wniosków. Z tym większą przykrością to piszę, że c&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;enię działalność Tomka Machały i założonego przez niego portalu. To jeden z niewielu wciąż (notabene obok wpolityce.pl) w Polsce autorskich projektów dziennikarskich, ciekawie wykorzystujących siłę nowych mediów. Ich siła polega nie na tym, że są obiektywne (ich redaktorzy nie starają się nadmiernie ukrywać swoich prywatnych sympatii), ale na tym, że w swoim zdrowym i naturalnym subiektywizmie zachowują profesjonalizm i uczciwość. Artykuł o blogu Kasi Tusk moją wiarę w taką postawę autorów Kampanii nieco nadwyręża.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. I jeszcze dwa komentarze merytoryczne bezpośrednio do pani Izy. Pisze Pani "Szydzenie z innych ma w internecie krótkie nogi". Porównałem sobie w Alexie dwie strony, które do porównywania się nadają dużo bardziej - wpolityce.pl i Kampanię na Żywo, w tym samym ujęciu, jakie Pani przyjęła w swoim tekście. Oto efekt:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-5DxMUWeC4vU/ThTF1loVhAI/AAAAAAAAA0s/Gtd5ogyoKvo/s1600/wpvsknz.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 151px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-5DxMUWeC4vU/ThTF1loVhAI/AAAAAAAAA0s/Gtd5ogyoKvo/s320/wpvsknz.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5626339358917624834" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;I rzecz druga. Zastanawia się Pani, czy "może jednak internauci wolą oglądać stroje do biegania i chodzenia pani  Kasi, a nie czytać o runnerach artykuły Jacka Karnowskiego". Zmartwię Panią - internauci wolą siedzieć na Pudelku:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-DXLY2IBIvYY/ThTGLYwiQGI/AAAAAAAAA00/IYr0UA_nSr8/s1600/pudelek.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 151px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-DXLY2IBIvYY/ThTGLYwiQGI/AAAAAAAAA00/IYr0UA_nSr8/s320/pudelek.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5626339733419475042" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Hmm.. Czy na pewno? A może sama znajdzie Pani miejsce, w którym pomanipulowałem przekazem?&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;h2 class="entry-title"&gt;&lt;/h2&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-3413938778368813508?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/3413938778368813508/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=3413938778368813508' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/3413938778368813508'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/3413938778368813508'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/07/jak-sobie-radzi-iza-kozdras.html' title='Jak sobie radzi Iza Kozdraś'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-Oj_ZflB0SAo/ThTFjM5AAoI/AAAAAAAAA0k/KXzt_FeNi5Y/s72-c/wpvskt.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-6558116193530862266</id><published>2011-05-28T19:39:00.002+02:00</published><updated>2011-05-29T20:00:27.080+02:00</updated><title type='text'>Wolny człowiek klęka</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W swoim &lt;a href="http://tygodnik.onet.pl/32,0,63722,2,artykul.html"&gt;najnowszym tekście w Tygodniku Powszechnym&lt;/a&gt; Jacek Borkowicz dzieli się z czytelnikami swoją frustracją dotyczącą sposobu przyjmowania przez wiernych Komunii św. I o ile wątpliwości, które podnosi w tym artykule, są uzasadnione, o tyle wnioski, które publicysta wyciąga są cokolwiek szkodliwe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Borkowicz dotyka dwóch problemów. Pierwszy z nich to niska wśród uczestników Eucharystii świadomość tego, że podchodzenie do Komunii św. (nawiasem mówiąc – pisząc o sakramencie warto jednak, dla jasności przekazu, używać dużej litery, wszak nie każda komunia jest tą Komunią) ma w sobie walor procesji, wyrażającej symbolicznie pielgrzymowanie Ludu Bożego na spotkanie z Bogiem. Słusznie wskazuje przy tym, że w trakcie Mszy symbol procesji pojawia się kilkukrotnie i warto zadawać sobie w pełni sprawę z jego wymowy, by z odpowiednim nastawieniem w nim uczestniczyć. Jednocześnie jednak – i to jest owa druga sprawa – krytykuje wiernych podchodzących do rozdzielającego Komunię kapłana, którzy: „docierając wreszcie w pobliże ołtarza, przyklękają na jedno kolano. Tyle że nie przed sakramentem, ale przed... dolną częścią pleców poprzednika, który właśnie sposobi się, by podejść do stołu Pańskiego. Samą komunię przyjmują na stojąco, by – jak ich nauczono – nie zakłócić sprawnego przebiegu Eucharystii”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyznam, że o ile mnie również klękanie przez wiernego za plecami poprzedzającej go w procesji osoby zawsze wydawało się nieco nie na miejscu, o tyle co do źródeł tego obyczaju, jak i sposobów na jego „wyprostowanie” różnię się z Borkowiczem diametralnie. Tam, gdzie on widzi „pogańską w istocie obawę, że przyjmowanie najświętszego z sakramentów „z marszu” umniejszy chwałę Bożą” ja dostrzegam raczej podświadomy wręcz ludzki odruch oddania czci Najwyższemu – Jedynemu Bogu, prawdziwie obecnemu w kapłańskiej dłoni. Naturalną potrzebę, która przez wiele wieków zaspokajana była praktyką przyjmowania Komunii św. na klęcząco, a dziś, w dobie walki o „sprawny przebieg Eucharystii”, zredukowana została – niestety – do szybkiego, czasem jakby wstydliwego nieco przyklęknięcia. I choć gest ten w swoim wyrazie jest niewątpliwie ułomny (bo jednak, co tu dużo mówić, wygląda to jak oddawanie hołdu nie Bogu, ale idącej przed nami osobie), to zamiast niesłusznie piętnować jego „pogańskość”, warto dostrzec w nim jądro zdrowej pobożności i zachęcać wiernych do jej pogłębiania. Na czym miałoby ono polegać? Na przyjmowaniu Komunii św. w pozycji najbardziej właściwej – na kolanach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chcąc jednak uniknąć przekształcenia się tej dyskusji w przerzucanie się argumentami natury estetycznej („bo tak jest piękniej”) czy emocjonalnej („bo ja tak głębiej odczuwam”), warto odwołać się do zewnętrznych autorytetów. Gdzie zaś katolik powinien szukać odpowiedzi na pytania dotyczące liturgii? Ex Roma lux – także i ta kwestia została zdefiniowana w odpowiednich dokumentach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego (OWMR) z 2002 roku, podstawowy dokument zawierający zbiór norm regulujących sposoby odprawiania Mszy Świętej, w punkcie 160. mówi jednoznacznie: „Wierni przyjmują Komunię świętą w postawie klęczącej lub stojącej, zgodnie z postanowieniem Konferencji Episkopatu. Jeśli przystępują do niej stojąc, zaleca się, aby przed przyjęciem Najświętszego Sakramentu wykonali należny gest czci, który winien być określony tym samym postanowieniem”. Już tylko z tej racji widać, że gest czci przed przyjęciem Pana jest nie tylko pożądany, ale wręcz nakazany. Wiedzeni jednak przepisem OWMR udajmy się do dokumentu KEP, opisującego tę kwestię – jest to Instrukcja Episkopatu Polski w związku z wydaniem nowego mszału ołtarzowego z 1987 roku. Tam zaś, w punkcie 27. czytamy „Komunii św. udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Wierni przyjmują Komunię św. w postawie klęczącej. Mogą również stać, gdy przemawiają za tym szczególne okoliczności”. Od razu warto przy tym zaznaczyć, co wynika z innych dokumentów, że „szczególne okoliczności” to podeszły wiek lub choroba wiernego, ewentualnie rozdzielanie Komunii w dużym ścisku, szczególnie w trakcie Mszy polowych lub na mokrej ziemi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trudno o bardziej jednoznaczne stwierdzenie – Komunię powinno się rozdzielać wiernym, którzy klęczą. I choć w wielu polskich parafiach ten wymóg jest utrzymywany, praktyka komunikowania „na stojąco”, wbrew kościelnemu prawu, upowszechnia się coraz mocniej. Nie sposób więc nie zadać sobie pytania – jak to możliwe? Odpowiedź paradoksalnie znaleźć można w tekście Borkowicza, gdy pisze on, że jakiś „mądrala wpadł na pomysł” pójścia „za prastarą intuicją Kościoła”, a następnie „ktoś upowszechnił ten wynalazek w diecezji, ktoś inny przeszczepił go do innej. Nowinka, zgodnie z kopernikańską zasadą, w myśl której nędzna moneta wypiera tę tłoczoną w szlachetniejszym metalu, upowszechniła się w polskich kościołach z trwałością godną lepszej sprawy”. I jest to prawda – źle formułowana teza o ludzkiej godności (która jakoby wyklucza klękanie człowieka przed Stwórcą) w połączeniu z błędem archeologizmu (czyli bezkrytycznym odwoływaniem się do „pierwotnych czasów”, przy całkowitym pomijaniu faktu, iż Kościół to rzeczywistość rozwijająca się organicznie, dzięki asystencji Ducha Świętego) zaowocowała promocją przyjmowania Pana Jezusa w formule pozbawionej naturalnego gestu czci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdaję sobie sprawę, że przytoczone powyżej argumenty mogą być niewystarczające – ostatecznie nie jest to przecież jedyny przepis liturgiczny, który nagminnie łamany jest przez kapłanów i wiernych (czy to na skutek niefrasobliwości, czy też zwykłej niewiedzy). Dlatego, aby lepiej zrozumieć fundament tak, a nie inaczej sformułowanych przepisów, warto odwołać się do słów Benedykta XVI, który w 2000 roku, jeszcze jako Prefekt Kongregacji Nauki Wiary pisał: „Istnieją wpływowe środowiska, które próbują wyperswadować nam postawę klęczącą. Usłyszeć można, iż klęczenie nie pasuje do naszej kultury (czyli właściwie do jakiej?), iż nie wypada to dojrzałemu człowiekowi, który staje naprzeciw Boga, lub też że nie wypada to człowiekowi zbawionemu, który dzięki Chrystusowi stał się wolny i dlatego też nie musi już klęczeć”. Tymczasem „zwyczaj klękania nie pochodzi z jakiejś bliżej nieokreślonej kultury – pochodzi z Biblii i biblijnego poznania Boga (…) Hebrajczycy uważali kolana za symbol siły: zgięcie kolan jest zatem ugięciem naszej siły przed żywym Bogiem, uznaniem tego, że wszystko, czym jesteśmy, od Niego pochodzi”. A do tego: „Akt duchowy musi się ze swej istoty i ze względu na cielesno-duchową jedność człowieka wyrazić koniecznie w geście ciała. (…) Tam, gdzie klęczenie to czysta zewnętrzność, zwykły akt zewnętrzny, tam staje się ono bezsensowne; jednakże także tam, gdzie ktoś próbuje ograniczyć adorację do sfery czysto duchowej, nie ucieleśniając jej, tam akt adoracji gaśnie, bo czysta duchowość nie odpowiada istocie człowieka. Adoracja jest jednym z tych zasadniczych aktów, które dotyczą całego człowieka. Stąd w obecności Boga żywego nie wolno porzucić gestu ugięcia kolan”. Trzeba zresztą przyznać, że Benedykt XVI tę prawdę wcielił w czyn – od 2008 roku udziela Komunii św. wiernym jedynie w postawie klęczącej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli więc intencją Jacka Borkowskiego było, aby pomóc wiernym we właściwym rozumieniu gestów i postaw towarzyszących przyjmowaniu Komunii św., to wybrał on błędną drogę. Zamiast bowiem namawiać ich do beztroskiego maszerowania w kierunku Stołu Pańskiego, lepiej zrobiłby wskazując, że najwłaściwszym gestem przystępowania do Pana jest pokorne uklęknięcie przed Nim. A jeśli ktoś, nazbyt przyzwyczajony do komunikowania w postawie stojącej, nie będzie umiał od razu oduczyć się tej praktyki, niech przyklęka „w marszu”, choćby i za czyimiś plecami. Lepiej bowiem, żeby przynajmniej w tak uproszczonej formie oddał hołd swojemu Panu (na identycznej zasadzie, na której przyklęka się przechodząc przed tabernakulum), niż gdyby miał z tego aktu pokory w zupełności zrezygnować. Bo tak jak Chrystus „nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem” (Flp 2, 6), tak też i żaden z nas nie powinien tego robić. Możliwość uniżania samego siebie to jedna z zalet korzystania z wolności dzieci Bożych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym zaś, którzy upierać się będą przy tym, że klękanie godzi w ich godność, warto przypomnieć opowiadanie zaczerpnięte z apoftegmatów Ojców Pustyni. Mówi ono o diable, który, zmuszony przez Boga, ukazał się opatowi Apollonowi. Był czarny, brzydki, o przerażająco wątłych członkach, przede wszystkim jednak nie miał kolan. Niezdolność do klęczenia jest istotą elementu diabelskiego. Pewnie więc lepiej posłuchać św. Tomasza z Akwinu, który zachęca nas: „Tantum ergo sacramentum veneremur cernui”.        &lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-6558116193530862266?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/6558116193530862266/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=6558116193530862266' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6558116193530862266'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6558116193530862266'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/05/wolny-czowiek-kleka.html' title='Wolny człowiek klęka'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-58897869146839339</id><published>2011-05-06T16:28:00.005+02:00</published><updated>2011-05-06T21:50:53.730+02:00</updated><title type='text'>Kwestia honoru</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Władze PRL odebrały Kościołowi ok. 108 tys. ha gruntów. To w przybliżeniu tyle, co powierzchnia dwóch Warszaw lub dziesięć razy tyle, co jezioro Śniardwy. Mniej więcej tyle, co Singapur i dwa Lichtensteiny razem wzięte. Do tego doliczyć trzeba ponad 3700 &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;bezprawnie przejętych &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;budynków. A to tylko dane z 19 na 25 diecezji i wyłącznie do maja 1957 roku. Zawarto je w odkrytym właśnie dokumencie, o którym donosi dzisiejsza Rzeczpospolita. Dane zapewne mocno niedoszacowane, bo &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;rabunkowa działalność władz była &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;przecież &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;kontynuowana &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;przez kolejne 32 lata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Liczby z dokumentu robią wrażenie. I chyba pozwolą godnie zamilknąć tym wszystkim, którzy do tej pory z pianą na ustach wykrzykiwali, że Kościół, otrzymując zwroty majątku, okrada państwo polskie. Komisja Majątkowa, powołana do życia po 1989 roku, zwróciła Kościołowi 66 tys. hektarów, 490 budynków i ponad 140 mln zł w gotówce. Różnicę widać gołym okiem. I choć można mieć niewątpliwie sporo uwag co do działalności tego ciała (przy czym, co warto przy okazji podkreślić, z prowadzonych przez CBA ustaleń wynika dość jednoznacznie, że Kościół - w efekcie pewnej naiwności lub braku umiejętności - był stroną, która na skutek nieczystości w działaniach Komisji została pokrzywdzona), trzeba jednocześnie umieć oddać sprawiedliwość tym, którym się ona należy. Czym innym jest bowiem konieczne osądzenie przestępstw, do których doszło, a czym innym uczciwość w ocenie i realizacji rozliczeń.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W połowie marca br. Stuart Eizenstat, doradca sekretarza stanu ds. problemów Holocaustu publicznie zażądał od Polski ostatecznego zwrotu majątków żydowskich&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; skonfiskowanych w latach 1939 - 1989&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; lub wypłacenia za nie odszkodowania. Marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna odparł wówczas, że choć nie jest  to możliwe w obecnej sytuacji budżetowej państwa, temat musi być załatwiony, bo jest to sprawa honorowa. Nie powinniśmy się raczej spodziewać podobnego apelu ze strony jakiegoś watykańskiego urzędnika, niemniej dalsze postępowanie polskiego państwa w tym zakresie pokaże, czy poszanowanie honoru jest dobrem dostępnym dla wszystkich pokrzywdzonych, czy tylko dla tych, którzy potrafią mocno grozić palcem.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-58897869146839339?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/58897869146839339/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=58897869146839339' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/58897869146839339'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/58897869146839339'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/05/kwestia-honoru.html' title='Kwestia honoru'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-4782147584828618356</id><published>2011-04-20T17:16:00.005+02:00</published><updated>2011-04-21T00:17:40.661+02:00</updated><title type='text'>Niech żyją, jak chcą</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Przyznam, że rzadko zdarza mi się &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;dobrze &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;mówić o Suwałkach. Jeszcze rzadziej o działaczach SLD. A dziś, proszę bardzo - dwa w jednym. Wszystko za sprawą suwalskich członków tej partii, którzy odmówili powieszenia na ulicach miasta plakatów akcji "Miłość nie wyklucza", promujących wprowadzenie w Polsce homoseksualnych związków partnerskich. Jako uzasadnienie odmowy podano powód arcyprosty i ze swojej natury głęboko demokratyczny: "Społeczeństwo nie życzy sobie tego typu plakatów. Gdy sprawa pojawiła  się w lokalnych mediach, ludzie na forach internetowych byli jej  zdecydowanie przeciwni". To nieczęsty przykład tego, że lokalni włodarze słuchają tego, co mają do powiedzenia mieszkańcy.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Warszawscy liderzy partii, którzy widocznie mniej słuchają, ale za to lepiej wiedzą, co ludzie myśleć powinni, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;mają chyba niemały &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;kłopot&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;. Tyle się namęczyli, nasiedzieli na pierwszym piętrze Nowego Wspaniałego Świata, natłumaczyli, nawalczyli o wolność-równość-braterstwo dla wszystkich - a tu nic. Podlaskie żubry jak nie rozumiały na czym polega prawdziwa nowoczesność i europejskość, tak nadal nie rozumieją. Myślenie o tym, co do popegieerowskiego garnka włożyć jest dla nich ważniejsze, niż homoplakaty. I jak tu z takimi walczyć o realizację lewicowych ideałów? Jak nic będą się musieli podlascy działacze, zgodnie ze słowami posłanki Piekarskiej, rozstać z partią na amen. Oj, pardon, na dobre.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A może by tak dla odmiany tym razem postąpić inaczej? Pod Suwałkami, szczególnie o tej porze roku, zdarzają się fantastyczne wiatry. Może więc powinna cała czołówka SLD oderwać się od rozmów przy kawiorze i drogim winie i wybrać &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;się &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;na wizytę lokalną - choćby do Suwalskiego Parku Krajobrazowego? Nie dość, że widoki piękne, to jeszcze z ludźmi się można spotkać, porozmawiać o problemach, dotknąć ich losu. Kto wie, może podlaskie przeciągi wywieją ze stołecznych głów pretensjonalne fumy, przez co lewicowcy przypomną sobie, czym się powinni zajmować, a my odpoczniemy od coraz to nowych pomysłów na promocję homo-lobby? Bo jak słusznie zauważył szef podlaskiej Rady Wojewódzkiej SLD: "Skoro homoseksualiści wybrali sobie taką drogę, to niech żyją, jak chcą. Tylko czy muszą się z tym obnosić w Suwałkach?".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Panie Przewodniczący, już odpowiadam: nie muszą. Ani w Suwałkach, ani nigdzie. Na tym polega normalność, że prawdziwych rozmów o sprawach tak intymnych i osobistych jak ludzka seksualność nie odbywa się za pomocą słupów ogłoszeniowych, marszy, czy demonstracji. Miło, że Pan i Pańscy koledzy to tak po prostu przypomnieliście.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-4782147584828618356?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/4782147584828618356/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=4782147584828618356' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/4782147584828618356'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/4782147584828618356'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/04/niech-zyja-jak-chca.html' title='Niech żyją, jak chcą'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-6597747702584395933</id><published>2011-04-14T16:28:00.002+02:00</published><updated>2011-04-14T16:59:42.482+02:00</updated><title type='text'>Sprawdzam!</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Do Sejmu trafiło dziś niemal pół miliona podpisów złożonych pod projektem nowelizacji ustawy o planowaniu rodziny. To niemało, szczególnie jeśli pamięta się, że do "ludowej" inicjatywy ustawodawczej wystarczy 100 tys. głosów poparcia. Tak więc parlamentarzyści staną (kolejny już raz w historii III RP) przed możliwością jednoznacznego zakazania zabijania dzieci poczętych. Poprzednia taka szansa, niemal dokładnie przed czterema laty, została - na skutek niechęci PIS-u - zaprzepaszczona. Karty wracają jednak na stół. Wydaje się, że to doskonały moment ku temu, by obrócić się w kierunku największej partii opozycyjnej i powiedzieć: "sprawdzam!".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Liderzy PIS wielokrotnie, przy bardzo różnych okazjach, podkreślali swoje przywiązanie do wartości chrześcijańskich i deklarowali wolę wprowadzania chrześcijańskiego ducha w życie publiczne. Szczególnie wiele słów na ten temat padało podczas przepychanek na Krakowskim Przedmieściu - wydawać by się mogło, że w efekcie "walki o krzyż" deputowani tej partii wyrośli niemal na współczesnych wojowników o nową &lt;span style="font-style: italic;"&gt;christianitas&lt;/span&gt;, stających w kontrze do walczącego z chrześcijaństwem świata. Nie wchodząc w szczegółową analizę szczerości tych deklaracji (kontekst wydarzeń z 2007 roku każe mi nieco w nie wątpić, ale przecież ludzie się zmieniają), z czystym sercem mogę powiedzieć: Panie i Panowie Posłowie - scena jest Wasza! Oto otwiera się przed Wami doskonałe pole do pokazania nie słowem, lecz czynem, jak szczere są Wasze intencje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;p style="margin:0cm;margin-bottom:.0001pt"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;"Konsekwentny realizm miłości nakazuje służyć &lt;i&gt;Ewangelii życia&lt;/i&gt; także poprzez &lt;i&gt;różne formy działalności społecznej i aktywności politycznej&lt;/i&gt;, polegające na głoszeniu i obronie wartości życia w naszych coraz bardziej złożonych i pluralistycznych społeczeństwach (...) Jest to zadanie, które spoczywa przede wszystkim na &lt;i&gt;odpowiedzialnych za sprawy publiczne.&lt;/i&gt; Powołani do służby człowiekowi i dobru wspólnemu, mają oni obowiązek opowiadać się odważnie po stronie życia, zwłaszcza w sferze &lt;i&gt;rozporządzeń prawnych.&lt;/i&gt; W systemie demokratycznym, gdzie podstawą praw i decyzji jest zgodna wola wielu obywateli, w świadomości osób sprawujących władzę może osłabnąć poczucie osobistej odpowiedzialności. Nikt jednak nie może się od niej uchylić, zwłaszcza jeśli sprawuje funkcje ustawodawcze lub decyzyjne, które każą mu odpowiedzieć przed Bogiem, przed własnym sumieniem i przed całym społeczeństwem za ewentualne decyzje sprzeczne z prawdziwym dobrem wspólnym (...) Dlatego stanowczo ponawiam swój apel do wszystkich polityków, aby nie wprowadzali ustaw, które nie uznają godności osoby i tym samym zagrażają samym korzeniom społecznego współżycia. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;  Kościół wie, że w kontekście pluralistycznych demokracji, w których współistnieją silne nurty kulturowe o różnej orientacji, trudno jest zapewnić życiu skuteczną ochronę prawną. Jest jednak przekonany, że głos moralnej prawdy rozbrzmiewa w głębi każdego sumienia, i dlatego zachęca polityków, przede wszystkim chrześcijańskich, aby nie poddawali się zniechęceniu i podejmowali decyzje, które uwzględniając konkretne możliwości, prowadzą do przywrócenia właściwego ładu poprzez uznanie i promocję wartości życia" (Jan Paweł II, Enc. &lt;i&gt;Evangelium vitae, 90).&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;Pan Bóg stawia przed ludźmi różne zadania i daje im okazję do tego, by udowodnili szczerość swoich słów. Bo wiara to nie tylko słowa, ale także uczynki. Raz jeszcze powtarzając: "sprawdzam!" czekam z uwagą na efekty pracy Sejmu. Po owocach poznamy, czy chrześcijaństwo jest dla niektórych faktycznym fundamentem życia społecznego, czy tylko poręczną maczugą. Maczugą, czyli przedmiotem do wykorzystania, który potem chowa się do szafy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I dotyczy to nie tylko posłów PIS.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-6597747702584395933?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/6597747702584395933/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=6597747702584395933' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6597747702584395933'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6597747702584395933'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/04/sprawdzam.html' title='Sprawdzam!'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-8555388899318170624</id><published>2011-02-11T11:06:00.003+01:00</published><updated>2011-02-11T12:56:03.506+01:00</updated><title type='text'>Nadzieja, ale na co?</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Od czasu do czasu wstrząsają nami kolejne doniesienia o przypadkach pedofilii. Dorosły wykorzystujący dziecko to jeden z najbardziej obrzydliwych obrazów, jakie możemy sobie wyobrazić. Sprowadzenie małego człowieka do roli przedmiotu, używanego do zaspokojenia własnej żądzy, egotycznego pragnienia, jest czymś, co budzi powszechny i uzasadniony sprzeciw. Tym mocniejszy, że akt dokonywany jest w stosunku do małej istoty - dziecka, które nie może samo się obronić. Nie może, bo nie decyduje o sobie samo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;We Francji urodził się Umut-Talha, "Nasza nadzieja" - chłopiec poczęty in vitro z wyselekcjonowanego materiału genetycznego. Ma być pomocą w uratowaniu starszego brata chorego na β-talasemię. Jego krew pępowinowa, zawierająca wiele komórek macierzystych układu krwionośnego, zostanie sukcesywnie przetoczona jego starszemu bratu, aby zastąpić jego chorą krew. Możemy domniemywać, że gdyby brat nie był chory, Umut-Talha pewnie by się nie narodził. Możemy także domniemywać, że gdyby była inna możliwość wyprodukowania zdrowej krwi, naukowcy by ją wykorzystali. Jednak fakty pozostają nieubłaganie jednoznaczne - dziecko zostało przywołane na świat, bo jet dostawcą potrzebnego produktu. Bezbronna istota została wykorzystana do realizacji jakiegoś celu. Nikt jej nie pytał, czy ma na to ochotę - gdyby tak było, gdyby wyraziła na to zgodę, mogłoby to być przykładem ofiarowania siebie, poświęcenia dla bliźniego. Ale noworodki nie mówią i nie mogą same o sobie decydować. W imię postępu nauki dziecko zostało sprowadzone do poziomu przedmiotu. Historia zarechotała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mieliśmy już, jako ludzkość, bardzo dramatyczne przykłady tego, do czego prowadzić może chęć kontrolowania produkcji ludzi. Najboleśniej objawiło się to w III Rzeszy, gdzie naukowcy bez kozery wskazywali, kto jest pełnoprawnym człowiekiem, a kto Untermenschem - podczłowiekiem, służącym do wykorzystywania lub eksterminacji. Na poparcie swoich inicjatyw (np. ośrodków &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lebensborn&lt;/span&gt;) mieli naukowe dowody i twarde fakty. Przemawiała przez nich dziejowa konieczność i pragnienie rozwoju nauki. Nauki w służby ludzkości. Bo Żydzi ludzkością - według ich teorii - nie byli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy fakt, że na decyzji o poczęciu uprzedmiotowianego dziecka-leku zaważyła chęć ratowania życia jego brata coś zmienia? Na pewno odczuwamy różnicę na poziomie emocjonalnym (ostatecznie źli naziści nie mogą  być porównani do kochających rodziców). Jednak na płaszczyźnie etyki i moralności, na polu troski o ludzką godność i walki o wolność, problem pozostaje ten sam. To, że chcemy wykorzystać człowieka do czegoś, co w naszej ocenie jest piękne i wzniosłe (a nie haniebne i brudne) nie zmienia zupełnie sytuacji, że nadal chcemy go wykorzystać. Chcemy naruszyć jego wolność, jego prawo do samostanowienie, a więc najbardziej fundamentalne prerogatywy. Tymczasem w życiu społecznym istnieją rzeczy nienegocjowalne - prawa, których nie wolno naruszać, nawet w wyjątkowych warunkach, o ile nie chce się wprowadzić cywilizacji na drogę ku autodestrukcji. Istota ludzka nigdy, bez względu na okoliczności, nie może być produktem lub przedmiotem. Jeśli zanegujemy tę podstawową zasadę, choćby i dla ratowania czyjegoś życia, otworzymy drogę do naukowo usankcjonowanej eugeniki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Apologeci narodzin &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Umut-Talha twierdzą, że w tym konkretnym przypadku rachunek jest prosty: moglibyśmy mieć jedno dziecko martwe, zamiast tego mamy dwoje żywych. Rzecz w tym, że człowieka i jego godności nie można sprowadzić do matematycznego lub ekonomicznego równania. Pozwalając sobie na takie myślenie zgodzimy się &lt;span style="font-style: italic;"&gt;a priori&lt;/span&gt; na mordowanie osób starych (ich utrzymywanie nie jest ekonomiczne) czy selekcję narodzin (od razu powinniśmy hodować rasę bez skaz - tak jest ekonomiczniej). Na końcu tej drogi jest usankcjonowanie walki o &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lebensraum&lt;/span&gt; i zgoda na eksterminację tych, którzy są dla nas niewygodni. Zawsze znajdzie się kilku profesorów, którzy z badawczych lub czysto utylitarnych powodów udowodnią, że to nie są jeszcze/już ludzie. A nam się wszystko w rachunkach zgodzi - bardzo nam przykro, ale wyliczyliśmy matematycznie, że na tej przestrzeni tyle osób się nie zmieści. Rozważania o tym kto i w jakich okolicznościach będzie decydował o klasyfikacji grup zostawię tu już na boku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W 2005 roku w Hollywood nakręcono film pt. "Wyspa". Mimo całkiem niezłej obsady (Scarlett Johansson,&lt;br /&gt;Ewan McGregor) film nie zrobił furory. A szkoda. Pokazywał bowiem świat połowy XXI, w którym każdy człowiek, który za to zapłaci, może sobie wyhodować własnego klona-lek. Surogata, który dostarczy nam dowolnej części zamiennej naszego ciała, jeśli okaże się potrzebna. Ku mojemu zdziwieniu pokazywał też etyczne problemy ludzi, którzy dowiadywali się, że ich przyjście na świat było efektem ekonomicznej umowy i ludzkiego egoizmu. Problemy, ale i bunt - przeciwko światu nauki i biznesu, który depcze ich godność i wolność.  Przeciwko światu, który ich wykorzystał. Do połowy wieku zostało nam jeszcze czterdzieści lat. W którym kierunku pójdziemy? I czy jest szansa na to, że &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Umut-Talha stanie się naszą nadzieją na opamiętanie? Bardzo chciałbym w to wierzyć.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-8555388899318170624?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/8555388899318170624/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=8555388899318170624' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/8555388899318170624'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/8555388899318170624'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/02/nadzieja-ale-na-co.html' title='Nadzieja, ale na co?'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-3154417830969054641</id><published>2011-02-11T11:04:00.001+01:00</published><updated>2011-02-11T11:06:21.801+01:00</updated><title type='text'>Bóg czy bóg?</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ksiądz Jacek Prusak, występując w swoim tekście w „Rzeczpospolitej” (&lt;a href="http://www.rp.pl/artykul/606720_Ks--Prusak--Bez-monopolu-na-Boga.html"&gt;„Chrześcijanie nie mają monopolu na Boga”&lt;/a&gt;)  w obronie koncepcji międzyreligijnego spotkania w Asyżu, stara się  podeprzeć swoje stanowisko cytatami z książki Benedykta XVI „Jezus z  Nazaretu”. Wydaje się jednak, że w analizie problemu dużo ważniejsza  jest inna pozycja, w powstaniu której dzisiejszy papież miał znaczącą  rolę – deklaracja „Dominus Iesus”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Redaktor Tygodnika Powszechnego stara  się przekonać czytelnika, że chrześcijanie nie powinni odbierać innym  religiom prawa do posiadania ich własnej koncepcji bóstwa. Podstawą do  tego stwierdzenia ma być przekonanie, że „chrześcijaństwo jest  ekskluzywistyczne, ponieważ podkreśla wyjątkowość objawienia się Boga w  Jezusie z Nazaretu, ale nie jest ekskluzywistyczne w podkreślaniu  wyłączności Boga dla chrześcijan”. Gdyby autor tych słów miał na myśli  fakt, że niechrześcijanie mogą w sensie prawnym wyznawać takich bogów,  jacy im się podobają, miałby pełną rację. Jednak przyznając im prawo  „dostępu” do Boga (czyli Osoby wyznawanej w Credo) popełnia poważną nadinterpretację. Albo bowiem wierzy się w Boga, a wyznając Jego chrześcijańskie rozumienie jest się już per ipsum  chrześcijaninem, albo wierzy się co najwyżej w boga. Sam fakt wiary w  istnienie czegoś nadprzyrodzonego nie jest jeszcze jednoznaczny z  poznaniem Objawienia. O tym rozróżnieniu pisał już św. Paweł w liście do  Koryntian: „A choćby byli na niebie i na ziemi tak zwani bogowie — jest  zresztą mnóstwo takich bogów i panów — dla nas istnieje tylko jeden  Bóg, Ojciec, od którego wszystko pochodzi i dla którego my istniejemy,  oraz jeden Pan, Jezus Chrystus przez którego my jesteśmy” (1 Kor 8,  5-6). Z kolei w liście do Tesaloniczan przypomina, że Bóg: „pragnie, by  wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy. Albowiem  jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek,  Chrystus Jezus, który wydał siebie samego na okup za wszystkich” (1 Tm  2, 4-6). Tak więc wbrew tezom ks. Prusaka istotą sprawy jest zgłębienie  Prawdy, którą jest Chrystus. Chrystus, który jest Bogiem, w Trójcy  Jednym. Chrystus, który – jak wyraźnie poucza Deklaracja – „nadal jest  obecny i prowadzi swoje dzieło odkupienia w Kościele i poprzez Kościół”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inną kwestią są rozważania ks. Prusaka  na temat dostępności zbawienia. Problem polega na tym, że dokumentnie  miesza on w nich perspektywę „może tak być” z perspektywą „tak  jest/będzie”. Bóg – co słusznie podkreśla w swoim artykule jezuita – nie  jest zakładnikiem człowieka. Oznacza to, że w Swoim miłosierdziu,  którego pełni nie znamy, może zechcieć zbawić wszystkich ludzi, nie  tylko katolików. Założenie jednak, że z całą pewnością tak uczyni jest  co najwyżej wyrazem pychy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozterki związane z Asyżem nie mają więc  swojego źródła w niedowierzaniu w Boże miłosierdzie, ale w trosce o  jasność interpretacji nauczania misyjnego Kościoła. Ks. Prusak chcąc  bronić koncepcji asyskiego spotkania, zamiast rozwiewać wątpliwości,  tylko je pogłębia. Obawiam się, że gdyby chcieć poważnie traktować jego  tłumaczenia, iż „poza Kościołem nie ma zbawienia dla tych, którzy  zostali chrześcijanami” należałoby przyjąć, że w bezpośredni sposób  unieważniają one Jezusowe wezwanie, aby iść i nauczać wszystkie narody.  Jeśli bowiem wyjdziemy z założenia, że ci, którzy nie poznali Chrystusa,  mogą sobie wierzyć w co chcą, bo i tak będą zbawieni, powinniśmy  konsekwentnie – w trosce o ich dobro – przestać podejmować próby ich  nawrócenia. Tymczasem, jak wiemy, „Bóg pragnie zbawienia wszystkich  poprzez poznanie prawdy”. Nieprzypadkowo w formule konsekracji znajdują  się słowa „za Was i za wielu”, jednoznacznie sugerujące, że zapewne nie  za wszystkich. Czy możemy mieć taką pewność? Nie, bo Bóg udziela swojej  łaski „wiadomymi tylko sobie drogami”. Może więc okazać się, że piekło  jest puste. Nie chciałbym jednak być pierwszym, który tam trafi. Choćby  za grzech zaniechania troski o zbawienie wszystkich ludzi.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-3154417830969054641?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/3154417830969054641/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=3154417830969054641' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/3154417830969054641'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/3154417830969054641'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/02/bog-czy-bog.html' title='Bóg czy bóg?'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-1007499749537967341</id><published>2011-01-21T14:52:00.003+01:00</published><updated>2011-01-21T16:29:16.203+01:00</updated><title type='text'>Eksplozja emocji</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;"To chłoptaś, chłystek, który  wychodzi i obsztorcowuje premiera jak gówniarza. Przecież to nie była  eksplozja emocji. Chłoptaś sobie to napisał, mocno wciskał długopis w  kartkę, wyszedł i wydeklamował. Żałosne to było. Tandeta po prostu". Zagadka - kto to powiedział? Stefan Niesiołowski? Janusz Palikot? Może chociaż Joanna Senyszyn? Dobrze, dobrze - tak, słusznie Państwo myślą, to Wielki Dziennikarski Autorytet. Choć brzmi trochę, jakby to mówił polityk, prawda?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To może to będzie trudniejsze: "Gdy polityka -  jak w Polsce - jest marnej jakości, a polity­cy są mierni, niedojrzali i  nadpobudliwi, bardzo cierpią nie tylko ludzie. Cierpią także słowa. Bo  niedostatek my­śli kompensowany jest nadmiarem słów.  Bo brak czynów jest zagadywany. Bo nieporadność w zmienianiu  rze­czywistości wymaga jej zaklinania. Albo zakłamywania. A najczęściej  jednego i drugiego. Słowa  dostają strasznie w kość za sprawą naszych poli­tyków. Bo większość z  nich ma potworne kompleksy, więc nie ma szacunku dla siebie. Ponieważ  nie szanują siebie, nie szanują też wyborców. Ponieważ nie szanują  wybor­ców, mówią, co im przyjdzie do głowy. A ponieważ zwyk­le nie  przychodzi im nic nadzwyczajnego, mamy psucie polityki, któremu  towarzyszy psucie języka". Ech, no cóż, zgadli Państwo. To też Wielki Dziennikarski Autorytet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Głupia sprawa, prawda? Jeden człowiek, a jakby dwóch mówiło. Pierwszy apeluje o poprawność języka, skądinąd słusznie dostrzegając w jego psuciu przejaw kundlenia życia publicznego i niedojrzałości tych, którzy słowa wypowiadają. Drugi zaś bezpardonowo atakuje jednego z posłów mało wybrednymi epitetami, postępując niemal dokładnie według krytykowanego przez siebie schematu. I co mu zarzuca? Przeczytajcie Państwo raz jeszcze, uważnie, wypowiedź z dzisiejszego poranka. Wychodzi na to, że winą posła Kamińskiego jest po pierwsze jego wiek, po drugie fakt, że przygotował się do wystąpienia. No chyba, że chodzi o to, że mocno wciskał długopis, ale w to jakoś nie wierzę. Odwracając tę prostą logikę wychodzi więc na to, że poseł Kamiński, o ile chciałby wypełnić oczekiwania, jakie ma wobec niego Wielki Dziennikarski Autorytet (przypomnijmy - ten sam, który w sierpniu 2010 pozwolił sobie na tekst, w którym bez kozery niemal rugał nowowybranego prezydenta) - czy ktokolwiek z Państwa dopuszcza w ogóle do siebie myśl, że mógłby nie chcieć? - powinien albo milczeć ("ryby i dzieci...") albo ulegać na mównicy sejmowej emocjom i pleść, co mu ślina na język przyniesie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co do pierwszej diagnozy warto może przypomnieć, że gdy startowały  "Fakty" Tomasz Lis,  ich współtwórca i główny prezenter, miał 31  lat. To o rok mniej, niż ma obecnie poseł Kamiński. Głupio tak pluć we własną brodę. No ale punkt widzenia zmienia się wraz z wiekiem, a po przekroczeniu czterdziestki nawet Wielki Dziennikarski Autorytet może zacząć dziadzieć i opowiadać, jak to dzisiejsza młodzież już nie ta co kiedyś. Jeśli więc dzisiejsze słowa mają taką właśnie przyczynę, to choć warto do ich autora apelować o minimum szacunku do samego siebie, trzeba to zrozumieć i wybaczyć. No chyba, że to była wypowiedź w emocjach - tych samych, które Lis najwyraźniej gotów jest tak łatwo rozgrzeszać. W takim wypadku sprawa ma się inaczej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mateusz Matyszkowicz w swojej książce "Śmierć rycerza na uniwersytecie" pisze: "Polityka jest natomiast najczęściej działaniem w amoku, z niedostateczną ilością informacji i bez świadomości skutków. Roztropność, która polega na tym, że zawsze powinno się brać pod uwagę konsekwencje własnych działań, w życiu publicznym ulega dziwnemu rozmyciu, jakby ktoś rzucił na nas czar". Może więc Tomasz Lis postanowił w końcu przekroczyć Rubikon i wejść w świat polityki? No dobrze, żartowałem - przecież wiemy, że od dawna już w tym świecie jest. No bo jak inaczej oceniać zachowania dziennikarza, który zamiast przestawiać fakty serwuje odbiorcom ich autorskie oceny, zanurzone w - last but not least - sosie emocji i "mówienia co mu przyjdzie do głowy"? &lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-1007499749537967341?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/1007499749537967341/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=1007499749537967341' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/1007499749537967341'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/1007499749537967341'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/01/eksplozja-emocji.html' title='Eksplozja emocji'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-989729076975415196</id><published>2011-01-08T18:06:00.001+01:00</published><updated>2011-01-08T18:09:40.779+01:00</updated><title type='text'>Małe palce</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Sobotnie popołudnie w zatłoczonym centrum handlowym. Popijam nieśpiesznie kawę, zaskakująco smaczną jak na produkt dużej sieci. Przy pobliskim stoliku dziadek próbuje przekonać wnuka, że zegarek mechaniczny jest lepszy od elektronicznego. „Na tym się szybciej odczytuje godzinę” – mówi dziadek. „Tutaj reagujesz tylko na ustawienie wskazówek, a tam musisz przeczytać po kolei cztery cyfry”. Wiadomo, jeśli już mówimy o czasie, to powinniśmy go przede wszystkim oszczędzać. Nawet te mikrosekundy przy odczytywaniu. Ale wnuczek niespecjalnie daje się przekonać. „I could never belong to you” – śpiewają spokojnie panowie w głośnikach. „Ja już jestem innym światem, dziadku” – mógłby zaśpiewać wnuczek, a choć tego nie robi, to fakty i tak pozostają faktami. Starszy pan podejmuje kolejną próbę: „Ale w tym jest ładniejszy pasek, taki skórzany”. Naiwny ubiegłowieczny esteto. Nie przyciągniesz wnuka zapachem skóry, jej fakturą i kolorem. Piękno przestaje się liczyć w codzienności – rozejrzyj się po sklepach dookoła. Dziecko Twojego dziecka jest obywatelem świata metalu, szkła i plastikowych zapinek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dookoła w poświątecznym zakupowym amoku przebiegają ludzie, jakby chcieli nadrobić stracony czas. Tak samo tracony na mechanicznych i na elektronicznych zegarkach. Rozmawiałem ostatnio z osobą mieszkającą na stale w Kopenhadze. Powiedziała mi, że się czasem w Polsce czuje dziwnie, bo wszyscy dookoła są tacy… biali. W Danii to podobno coraz bardziej wyjątkowy widok. Nawet nie zauważyli kiedy się to stało. Zapatrzeni w przyszłość, próbujący nadgonić stracony czas, nie dostrzegli zmiany. Nie tylko tej zresztą. Ile obrotów wskazówek na tarczy musi się dokonać, by tak zmieniła się kultura? Ile wyświetleń na ekranie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziadek z wnukiem wstają od stolika. Nie doszli do porozumienia – w temacie zegarków każdy pozostaje przy swoim. Jednak maszerując dziarsko w głąb alejki handlowej chłopczyk łapie dziadka za rękę i idą dalej – wśród świateł i chromu – razem. Tajemnicze porozumienie ponad wykluczeniem cyfrowym i nieznajomością łaciny. Małe palce, które stworzą przyszłość zanurzone w dłoni, która zbudowała przeszłość znikają za zakrętem. Patrzę za nimi i myślę: „Jakaż to naiwna pedagogika”. Ale może prawdziwa?&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-989729076975415196?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/989729076975415196/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=989729076975415196' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/989729076975415196'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/989729076975415196'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2011/01/mae-palce.html' title='Małe palce'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-2170795802078129763</id><published>2010-12-21T12:59:00.003+01:00</published><updated>2010-12-21T18:16:25.220+01:00</updated><title type='text'>Błędna droga dominikanina</title><content type='html'>&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-size:85%;" &gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;List o. Wiśniewskiego OP opublikowany w "Gazecie Wyborczej" wywołuje wciąż żywe dyskusje. Jedna z nich miała miejsce we wczorajszym programie Tomasza Lisa. Zaproszeni do studia o. Paweł Gużynski OP, ks. Kazimierz Sowa, eks-o. Tadeusz Bartoś i Tomasz Terlikowski mieli zastanawiać się czy to prawda, że polski Kościół jest podzielony, zarażony ksenofobią i uzależniony od narracji jednego, konkretnego medium. Dobór gości już na wstępie nie pozostawiał wątpliwości jak przebiegnie dyskusja ("tak, polscy biskupi są zaczadzeni i wszyscy wiemy, że Radiem Maryja, a jak ktoś mówi inaczej - anathema sit") i w sumie tak to się odbyło. Można tu oczywiście pytać, czy zapraszanie do analizowania wpływu przekazów medialnych na codzienność Kościoła trzech kapłanów (przykro mi, ojcze Bartosiu, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;tu es sacerdos in aeternum&lt;/span&gt;), którzy na co dzień w mniejszym lub większym stopniu powiązani są z jakimiś medium, to na pewno dobry pomysł, ale omawianie rzetelności dziennikarskiej zostawmy na boku. Wydarzyły się tam bowiem rzeczy ważniejsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mocno zastanowiły i zaniepokoiły mnie dwie wypowiedzi o. Gużyńskiego - obie zresztą w tonie ironicznego oburzenia. Pierwsza dotyczyła słów, jakie o. Gużyński usłyszał podczas kazania, w trakcie mszy, którą koncelebrował z pewnym księdzem-gościem. Otóż ksiądz ten miał podobno czelność powiedzieć do słuchającej go młodzieży: "Skoro jesteśmy w tym świętym miejscu, w którym Matka Boża króluje, to  zadajmy sobie pytanie, jak Matka Boża by zagłosowała w tych wyborach". Na takie oto dictum o. Gużyński, według własnej relacji, o mało nie dostał zawału. Oczywiście, można się cieszyć, że nie zerwał się z miejsca i nie zażądał natychmiastowego przerwania homilii, bo jak wiemy już z doświadczenia ostatnich tygodni i tak mogło się zdarzyć, ale to raczej słaba pociecha.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z kolei podsumowując spotkanie o. Gużyński powiedział: "Może  to będzie ziarenko piasku, które uruchomi jakąś lawinę. Niedawno  słyszeliśmy następującą opinię wygłoszoną przez biskupa, że w Polsce  prawodawcą nie jest Unia Europejska, nie jest parlament, rząd, nie  premier, nie prezydent. To Bóg. I jak mi biskup tak mówi, to ja potem  muszę to tłumaczyć, ale jednocześnie wiem, że biskup nie rozumie, czym  jest nauka społeczna Kościoła. I ja mam problem. Muszę się tłumaczyć" (cyt. za relacją na wyborcza.pl). A na słowa Tomasza Terlikowskiego, że ów zgadza się z biskupem, odparł w iście pojednawczym i nie wykluczającym tonie: "Głębokie wyrazy współczucia".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co mnie tak zaskoczyło? Ano wychodzi na to, że o. Paweł ma za złe innym kapłanom, że stawiają wiernym za wzór postępowania Matkę Boską i przypominają o tym, że wszelkie prawo ma swoje źródło w Bogu. Ma im to za złe tak bardzo, że nie obawia się wyrwać ich słów z kontekstu i przekręcić tak, aby udowadniały założoną przez niego z góry tezę (dla niezorientowanych - biskup Ryczan powiedział w swojej homilii: "Europa nie jest naszą ojczyzną. Prawodawcą w naszej ojczyźnie jest Bóg, a nie Trybunał w Strasburgu, nie Parlament Europejski, gdzie uchwalono, że ślimaki są rybami"). Czy naprawdę zadanie pytania "jak na moim miejscu postąpiłby Pan Jezus albo Maryja?" jest tak obrzydliwą, tak niewyobrażalną dla katolickiego kapłana rzeczą, że przyprawia go o palpitację serca? Zawsze zdawało mi się, że jest to jedno z zasadniczych rozważań, jakie powinien podejmować katolik, który chciałby - uwaga - naśladować (sic!) swojego Zbawiciela lub Jego Matkę. Nie wyłącznie w przełomowych momentach swoich losów, ale w codziennym, praktycznym życiu. Również podczas dokonywania politycznych wyborów. Rzeczą zaś księży jest o tym przypominać, za każdym razem uświadamiając wiernym, że ich czyny i wybory muszą być integralne z zasadami wiary. Tymczasem dzięki o. Pawłowi dowiedziałem się, że takie przypominanie jest politycznym angażowaniem się Kościoła po jednej (czytaj: niewłaściwej) stronie barykady. Szczerze mówiąc słysząc, jak dominikanin czyni przywoływanemu księdzu zarzuty w tym temacie, poczułem się jak w dowcipie, w którym lekarz, pokazując pacjentowi różne kształty za każdym razem słyszy, że to goła baba. A gdy w końcu wykrzykuje do badanego: "pan jest zboczony!", w odpowiedzi słyszy: "ja? a kto mi te wszystkie świństwa pokazuje?". Krótko mówiąc - kto chce usłyszeć, ten usłyszy, choćby cisza panowała dookoła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zostawmy jednak kiepskie żarty na boku, bo problem jest poważny. Ojciec Gużyński, być może nieświadomie (w co chcę wierzyć) swoimi tego typu wystąpieniami rozmywa zasadnicze tezy nauczania społecznego Kościoła w zakresie stosunków publicznych. Tego samego nauczania notabene, o brak znajomości którego oskarża biskupów. I co gorsza w konsekwencji takiej postawy może nawet u słuchaczy powodować psucie fundamentów wiary per ipsum. Wypowiedzi kościelne, zredukowane do absurdu, faktycznie mogą brzmieć śmiesznie - pokazując, że akceptujemy takie podejście, otwieramy tamę: "Matka Boska, głosować, hłehłe, miałaby, hłehłe, w wyborach. Ale bzdura, przecież każdy wie, że by, hłehłe, nie głosowała, bo jakby chciała, to by jej Pan Jezus, hłehłe, partię założył - a przecież nie założył". "Bóg? Prawodawcą? Uhahaha! Ale absurd! Co ten biskup, na głowę upadł? Że co, może siedzi sobie taki Bóg i pisze kodeks? Uhahaha, ale debilizm!". A to przecież dopiero początek - można się nie ograniczać i pójść dalej: "Bóg? Ojcem? Ehehehehe! Jakim ojcem? Ja mam ojca przecież. Co to za ojciec, którego nikt nie widział?" (a przecież Bóg jest tak samo Prawodawcą, jak i Ojcem). "Maryja Dziewica urodziła Syna? Dziewica? Urodziła? Na głowę chyba upadłeś człowieku! Ty gadasz tym ludziom takie bzdury, a ja to potem odkręcać muszę. Muszę się tłumaczyć!". "Nie no, chyba umrę, to wy wierzycie w to, że człowiek ma duszę?! O rety, ale głąby! Patrz, nakłuwam i nie ma! No, gdzie jest ta dusza, hę?". Dość. Można to ciągnąć jeszcze długo, ale chyba wystarczy, aby pokazać, dokąd prowadzi droga obrana wczoraj przez o. Gużyńskiego. Nie jest to dobry sposób na głębsze rozumienia Kościoła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Można oczywiście w popularnym programie obśmiać biskupa, który mówi kazanie, zamiast tłumaczyć, że jego wypowiedź jest po prostu rozwinięciem kanonu 2256 Katechizmu Kościoła Katolickiego. Może nazbyt skrótowym, może wymagającym komentarza - ale nie nieprawdziwym i nie głupim. Można przewrócić znacząco oczami albo okazać zjadliwie współrozmówcy swoje współczucie, zamiast wykorzystać okazję do przedstawienia jasnej i precyzyjnej nauki Kościoła na temat zasad współżycia społecznego. Nowoczesnym i przyjaznym odbiorcy językiem, jeśli uważa się, że biskupi piszą niezrozumiale, proszę bardzo, ale jednak bez tworzenia wyrw w wierze. Można czuć samozadowolenie, gdy sala klaszcze, a były współbrat, dziś deklarujący publicznie, że jego celem jest zniszczenie Kościoła, kiwa z aprobatą głową po naszych opowieściach o szokujących doświadczeniach z Radiem Maryja, zamiast wytłumaczyć widzom, że szacunek do biskupów jest niezbędny nawet wtedy, gdy z ich konkretnymi wizjami się nie zgadzamy, bo szacunek jest podstawą koegzystencji w Kościele. Można wreszcie obśmiewać w mainstreamowym medium domniemane lub faktyczne słabości instytucjonalne Kościoła, zamiast tłumaczyć jego złożoność i wielowiekową mądrość. Spłaszczać jego przesłanie, zamiast wyjaśniać głębię. Można. Tylko - cui bono?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;---&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Za oknem pada śnieg. Do Bożego Narodzenia zostało jeszcze tylko kilka dni. Patrzę przez okno i myślę o Zbawicielu, który przyszedł na świat w ludzkim ciele i jak każdy zwykły człowiek przeżył 30 lat swojego życia, zanim rozpoczął publicznie nauczać. Pracował, płacił podatki, wypełniał nakazy prawa. Tak się złożyło, że urodził się pod rzymskim panowaniem. A co byłoby, gdyby urodził się w 1980 roku w Polsce? Dziś miałby 30 lat. I pewnie też by pracował, robił zakupy w sklepie, spotykał się z przyjaciółmi i wypełniał to wszystko, co robić powinien uczciwy obywatel. A czy żyjąc w demokratycznym państwie uczestniczyłby w wyborach? A jeśli tak, to na kogo by głosował?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Płatki śniegu wirują, a ja zamyślony patrzę na światła miasta. I tylko trochę się boję, że upolityczniam. Ojcze Pawle?&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-2170795802078129763?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/2170795802078129763/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=2170795802078129763' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/2170795802078129763'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/2170795802078129763'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/12/bedna-droga-dominikanina.html' title='Błędna droga dominikanina'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-7143667472591007721</id><published>2010-12-06T16:34:00.004+01:00</published><updated>2010-12-06T17:37:50.041+01:00</updated><title type='text'>Złotówka w śniegu</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wychodząc dziś rano z metra tradycyjnie już niemal jak co roku wpadłem wprost na coca-colowego krasnala. Potrząsał dzwoneczkiem i witał mnie "po radosnej stronie życia", w co nawet byłem gotów uwierzyć, jako że uwolnienie się od tłumu w wagonie faktycznie zaowocowało we mnie poczuciem szczęścia i ulgi. Na krótko jednak, gdyż już na końcu ruchomych schodów czekała na mnie brudna breja śniegowa i zimny wiatr. "Ot, Panie Mikołaju, taka to właśnie Twoja moc" - pomyślałem złośliwie. "Może i na krótko coś dajesz, ale już po chwili iluzja biało-czerwonego szczęścia się rozpada w drobny mak. Biedni, którzy ci uwierzyli".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A potem brnąc po kostki przez nieodśnieżony chodnik (w centrum Warszawy, żeby nie było) rozmyślałem sobie o tym, jak kolejne świąteczne symbole grzęzną w popkulturowym bagnie. Nawet nie brudnym śniegu, ale właśnie w bagnie - wciągającym zachłannie wszystko, co się na nim oprze. Zamiast świętego Mikołaja mamy krasnala, zamiast Wszystkich Świętych dynie ze świeczką w środku. Wielkanocne smsy już od kilku lat niosą mi radosną wieść, że zajączek z kurczaczkiem pragną zmoczyć mnie do suchej nitki, a bożonarodzeniowe kartki życzą mi smacznego barszczu z uszkami (naprawdę, w zeszłym roku taką widziałem). Trzech Króli trzyma się jeszcze w miarę dzielnie, ale to w sumie pewnie tylko dlatego, że w USA ich święta się nie obchodzi. Zresztą - i to do czasu. Na pewno już niedługo ktoś wymyśli, jak z Kacpra, Melchiora i Baltazara zrobić "chipsowych przyjaciół" albo marki szamponów dla mężczyzn.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ogóle z tymi chrześcijańskimi symbolami jest kiepsko. Nie trzeba z nimi nawet walczyć, wystarczy pomijać milczeniem. Kiedyś symboliczne odwołania w przestrzeni, kierujące myśli obserwatora ku Bogu, były rzeczą naturalną. A dziś? Mój znajomy ostatnio nie chciał mi uwierzyć, że gwiazdy na fladze UE wzięły się od "wieńca z gwiazd dwunastu nad Jej głową". "Nigdy o tym nie słyszałem... Wy katolicy to umiecie do wszystkiego dorobić sobie swoją ideologię!" - odpowiedział mi, jakby argument "z braku słyszenia" był wystarczający. Pamięć zanika. Kto dziś jeszcze pamięta, że znaki przy torach to krzyże św. Andrzeja? I skąd się wziął Tłusty Czwartek? Kto o tym będzie pamiętał za 10 lat?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy tak szedłem pod wiatr, pogrążony w czarnych myślach, próbując nie wywrócić się na kolejnej muldzie, zobaczyłem &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;nagle&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; w błotnistej mazi błyszczącą złotówkę. Niechcący wykopałem ją spod śniegu zagrzebując w nim stopę. I patrząc na nią uświadomiłem sobie, że może wszystkie te moje pomstowania nie mają sensu. Chrześcijańskie święta i symbole, choć może nawet i zalane burą masą komercji, laickości i apatii, przetrwają, choćby wszyscy, tak jak ja, zaczęli w to wątpić. Aż pewnego dnia jacyś młodzi, zbuntowani badacze, ryjący w poprzek stare tradycje w poszukiwaniu tropów i ukrytych znaczeń, odkryją, że Mikołaj, był świętym biskupem z Miry i miał pastorał, a nie czerwononosego renifera. I zdziwią się, i zastanowią, a potem poniosą tę wiedzę światu.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-7143667472591007721?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/7143667472591007721/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=7143667472591007721' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/7143667472591007721'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/7143667472591007721'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/12/zotowka-w-sniegu.html' title='Złotówka w śniegu'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-819198213352724824</id><published>2010-11-12T11:15:00.007+01:00</published><updated>2010-11-12T12:41:20.539+01:00</updated><title type='text'>Dwa końce</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zacznę od wyznania - nie lubię ONR. Naprawdę. A na widok mieczyka Chrobrego wpiętego w czyjąś klapę zaciskają mi się zęby. No mam tak po prostu i już. Może to efekt tego, że w szkolnych czasach "punkowałem", biłem się ze skinheadami, słuchałem Defektu, Siekiery i Pidżamy Porno (choć zgadzam się, z biegiem lat się popsuli) i nosiłem dumnie arafatkę? Koszulkę "Muzyka przeciwko rasizmowi" mam nawet do dziś i choć jest sprana do granic możliwości, to czasem ją nakładam. Churchill powiedział kiedyś podobno, że ktoś, kto nie był w młodości socjalistą, ten nie ma serca. Nie sądzę, żeby moje młodzieńcze fascynacje miały głębszy wymiar filozoficzny - raczej chodziło o potrzebę robienia czegoś "zaangażowanego" i o kumpli. Ale sentymenty w człowieku pozostają...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jednak, mimo tego wszystkiego, mam głębokie przekonanie, że wczorajsze blokowanie Marszu Niepodległości przez różnego rodzaju "antyfaszystowskie" organizacje było niczym innym, jak zwykłym skandalem. Legalny, bo zgłoszony marsz, którego celem jest uczczenie narodowego święta ma prawo iść ulicami stolicy bez względu na to, czy to się komuś podoba, czy nie. Artykuł 57. Konstytucji mówi o tym wyraźnie. Blokowanie go przez kontrmanifestacje, zmuszenie do zmiany planowanej trasy jest aktem terroryzmu i zamachu na podstawowe wolności obywatelskie. Te wolności, których podobno lewica pragnie bronić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem w stanie zrozumieć obawy twórców Porozumienia 11 Listopada, że pochód ONR-owców, jak to się czasem zdarzało, będzie okazją do wznoszenia rasistowskich haseł i pokazywania faszystowskich gestów. Jestem w stanie nawet przyjąć, że chcieli się temu przeciwstawić. Ale nawet tak szlachetne pobudki w żadnym stopniu nie dają prawa do odbierania innym przynależnych im wolności. Dopóki nie przekracza się prawa można manifestować własne przekonania i poglądy, nawet będąc łysym chłopcem w brunatnej koszuli. Jeśli ktoś odmawia innym tej swobody, nie może sam domagać się jej dla siebie. Czy naprawdę lewicowa walka o wolność wyrażania poglądów sprowadza się do tego, że jedne hasła można głosić, a innych nie? Kto więc będzie określał, komu wolno, a komu nie? Wybierzmy więc jakich ideologów. Może Kinga Dunin, Michał Sutowski i Seweryn Blumsztajn? No ok, ale takie wyrokowanie to sporo roboty, może łatwiej będzie wprowadzić jakieś kategorie "zgrubsze", które pozwolą szybciej porządkować rzeczywistość? Może jakieś kryterium rasy, stosunku do homoseksualizmu, wykształcenia albo jednynoszłuszności poglądów? Na pewno znajdzie się paru takich, którzy mają już doświadczenie w dzieleniu na "naszych" i "onych", a którzy z chęcią podzielą się swoją "brunatną" wiedzą z rozentuzjazmowanymi "antyfaszystami".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Popełniliście, drodzy przyjaciele spod znaku czerni i czerwieni, naprawdę poważny błąd. Mogliście - bo to znów wasze święte prawo - lobbować w urzędzie miejskim za nieudzielaniem zgody na marsz ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. A jeśli to nie wyszło, to trzeba było zrobić manifestację pokojową. Mieliście przecież także i wy zezwolenia na własne zgromadzenia - wystarczyło stać grzecznie w wyznaczonych miejscach i machać transparentami, przesyłać całusy, wypuszczać w niebo białe gołębie, ewentualnie robić zdjęcia wyciągniętym w górę w rozmaitych gestach dłoniom, żeby potem złożyć zawiadomienie do prokuratury. A tymczasem efektem waszych "antyfaszystowskich" działań jest tylko to, że pokazaliście wymownie na czym polega zamach na wolność poglądów, a jedyne okrzyki "Sieg heil!", jakie dały się  11 listopada słyszeć w Warszawie, wyszły z waszych gardeł. Gratuluję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale nie tylko to. Organizując taką właśnie formę protestu odebraliście sobie moralne prawo przeciwstawiania się wszystkim tym, którzy będą chcieli blokować wasze akcje, z Marszem Równości na czele. O ile wcześniej mogliście krzyczeć, że wszelkiego rodzaju akcje "anty" są naruszaniem waszych konstytucyjnych praw, o tyle teraz sami się tych praw pozbawiliście, odbierając je innym. I o ile wcześniej, będąc absolutnym przeciwnikiem takich parad jak wasze, mogłem - choćby i ze smutkiem - bronić waszych praw do nich, teraz już nie będę miał do tego podstaw. Dziękuję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto mieczykiem wojuje, od mieczyka ginie. A każda pałka ma dwa końce - także pałka do bicia przeciwników. Robert Biedroń, znany bojownik o tolerancję, zatrzymany wczoraj przez policję za naruszanie konstytucyjnego prawa do pokojowych zgromadzeń będzie od teraz bardzo wymownym tego symbolem.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-819198213352724824?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/819198213352724824/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=819198213352724824' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/819198213352724824'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/819198213352724824'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/11/dwa-konce.html' title='Dwa końce'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-3844664170863877299</id><published>2010-10-28T12:16:00.006+02:00</published><updated>2010-10-28T15:48:13.450+02:00</updated><title type='text'>Kto komu w sumieniu grzebie?</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Antyklerykałowie protestujący pod łódzką kurią mówili, że przyszli tam "zamanifestować sprzeciw wobec ingerencji Kościoła w kwestii  wolności sumień, czyli narzucania posłom i senatorom w kwestii  głosowania za lub przeciw in vitro". W tym samym czasie dyskutant na jednym z internetowych forów dramatycznie pytał: "Ale czy posłowie mają wypełniać polecenia Kongregacji ds Nauki i Wiary???!!! Chyba  raczej konstytucję i ustawy Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Dlaczego dyktat ZSRR chcemy zastąpić dyktatem Watykanu?". Z kolei politycy SLD oskarżają biskupów, że działają na granicy szantażu, postępując jak lobbyści i to lobbyści niezarejestrowani. Wszystko to tylko dlatego, że Kościół, ustami abp. Hosera przypomniał, że katolik wspierający in vitro podlega karze ekskomuniki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W temacie wypowiedział się nawet Prezydent RP, mówiąc, że "nie zdarzyło się w żadnym cywilizowanym kraju europejskim, aby w XXI, a  może i XX wieku gdzieś sferę publiczną dotknęła ekskomunika. To jest  instytucja trochę z innej epoki i wydaje mi się, że nic takiego nie  będzie miało miejsca, bo byłoby to fatalne dla relacji Kościół-państwo,  demokracja - państwo i demokracja – Kościół". W podobnym tonie wypowiedziało się w międzyczasie wielu innych polityków, z różnych ugrupowań. Czy więc to właśnie kwestia relacji Kościół – demokracja ma być kluczowa dla określania tego, co i kiedy katolikowi wolno? I co wolno mówić Kościołowi?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacznijmy od tego, że nie ma czegoś takiego jak "trochę katolik", podobnie jak nie ma czegoś takiego jak "trochę piłkarz". W obu tych przypadkach, jeśli chcesz się określać danym mianem, musisz przestrzegać reguł, które zostały ci przedstawione. A jeśli zdarzyłoby ci się od nich odchodzić, możesz zostać napomniany. Nie przypominam sobie okrzyków, że UEFA, ustalając jakiś przepis gwałci sumienia graczy. Nic mi też nie wiadomo o tym, aby któraś z krajowych federacji piłkarskich stwierdziła, że u nich piłkarze mogą grać według własnych zasad, np. kopiąc się po nogach. Albo żeby to sami piłkarze orzekli, że co prawda istnieją przepisy, ale oni mają na to inne spojrzenie i rozwiążą to po swojemu, licząc na "mądry kompromis". Czy ktoś to sobie w ogóle wyobraża? Przecież to oczywiste, że zawodnik, który zaczyna grać rękoma wylatuje z boiska - nieważne, czy się gra na wielotysięcznym stadionie, czy na lokalnym Orliku. A za szczególnie agresywne zachowania lub za nieuczciwość traci się zupełnie prawo do gry (na podwórku kończy się to słowami "nie będziemy z tobą grać, bo kantujesz"). Czy to jest gwałcenie zawodniczej godności, odzieranie z wolności? Tym bardziej więc niezrozumiałe są głosy takie, jak ten: "Karać ekskomuniką tylko za to, że się nie zgadzam z opinią Kościoła? Wielu ludzi czuje się pokrzywdzona takim &lt;a class="bbtWord double" id="anchorbbtBubble165"&gt;tekstem&lt;/a&gt;. Kościół ma &lt;a class="bbtWord double" id="anchorbbtBubble168"&gt;prawo&lt;/a&gt;  zabierać głos, ale nie w taki sposób. Kościół jest od tego, by nauczać w  świątyniach, a nie wpływać na opinię posłów i senatorów".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Świat zachodniego chrześcijaństwa od kilku dekad choruje na ciężki przypadek schizofrenii. Niemało jest osób funkcjonujących według zasady "jestem katolikiem, ale...". Ale nie zgadzam się z nauczaniem Kościoła. Ale nie wierzę z Zmartwychwstanie. Ale nie słucham papieża. To tak, jakby Krytyka Polityczna zaczęła nagle promować program Marka Jurka, upierając się jednocześnie, że jej środowisko jest esencją lewicowo-liberalnego myślenia. Absurd? To skąd go tyle w naszym codziennym życiu?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odpowiedź narzuca się sama &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;–&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; z wygody i kunktatorstwa. Trwanie przy własnych wartościach i poglądach, szczególnie w chwilach trudnych, gdy coś nam zagraża, wymaga mocnego charakteru i odwagi. Problem sam w sobie jest przecież stary jak świat. Czy inaczej było w Rzymie, gdy pierwsi chrześcijanie dostawali wybór: życie za cenę zaparcia się Chrystusa? Czy inaczej było w XVIII-wiecznej Francji albo bolszewickiej Rosji? Czy inaczej jest dzisiaj w niejednym azjatyckim czy afrykańskim kraju, gdzie ludzie giną, bo chcą być wierni własnej religii &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;–&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; tak, tak, właśnie tej "narzuconej" im przez Kościół? Zresztą, odejdźmy od przykładów religijnych i popatrzmy na własne, tak nieodległe podwórko: czy inaczej było w PRL, gdy dostawało się wybór tak prosty - współpracuj z nami albo...? Czy ci wszyscy ludzie, od tylu setek lat stający na rozdrożu nie mogliby powiedzieć tak, jak Prezydent Komorowski: "- To jest kwestia odpowiedzialności każdego z nas, we własnym sumieniu i we własnym sercu"?&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; Mogliby. Wielu starczało sił i dochowywali wierności. Byli jednak i tacy, którzy uginali się pod ciężarem, którzy się łamali i sprzeniewierzali samym sobie, tłumacząc to m.in. wrażliwością sumienia albo wyjątkowymi okolicznościami, które skłaniają do kompromisu. Kto wie, może po prostu zabrakło im kogoś, kto by ich w kluczowym momencie podtrzymał, dodał wiary? Może sami z siebie nie mieli wystarczającej woli, aby zaczerpnąć ze źródła "umacniania braci"? Dlatego dobrze się dzieje, że w ostatnich dniach polscy hierarchowie stają na wysokości zadania, które na nich nałożono i w krytycznym momencie przypominają, jak wobec in vitro powinien zachować się ten, kto uważa się za katolika. Nie pretendują do narzucania własnego zdania innym. Nie wskazują, który projekt ustawy jest najlepszy. Powtarzają tylko to, co jest niezmienną nauką Kościoła - tego Kościoła, którego wiernym jest się niezależnie od tego, czy w danym momencie swojego życia jest się posłem czy pasterzem owiec. Poglądy są czymś więcej, niż tylko wypadkowa aktualnie wykonywanego zawodu. Przejście przez bramkę na Wiejskiej nie odbiera automatycznie rozumu. A przynajmniej nie powinno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podkreślmy to raz jeszcze: pytanie co, kiedy i do kogo może mówić Kościół (i nieważne, czy mówimy o Kościele w Polsce, czy o Kościele powszechnym) w swojej istocie nie jest problemem z obszaru wiary, ale zwykłej, laickiej logiki. Rozumieją to nawet dzieci, tym bardziej dla dorosłych powinno to być oczywiste - jeśli jestem członkiem jakiejś społeczności, a już szczególnie jeśli się do niej publicznie przyznaję, muszę przestrzegać reguł, które panują w jej obrębie. Jeśli nie będę tego robił, muszę się liczyć z tym, że zostanę z niej wydalony. Odnosi się to co do zasady w równym stopniu do Kościoła, plemienia znad Amazonki, podwórkowej bandy, firmy czy klubu piłkarskiego. W swojej wolności mogę oczywiście z danej społeczności odejść. Ale wtedy jest to mój, wolny wybór.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lewicowi politycy i komentatorzy, którzy krzyczą, że Kościół próbuje narzucać komuś własne opinie, w gruncie rzeczy mówią sami o sobie. To oni wchodzą z butami do sumień Polaków, kłamliwie mamiąc ich, że nie muszą słuchać nikogo poza nimi, bo oni niosą cywilizację i radość, zmywając ze świata obskurantyzm i średniowiecze. Wmawiając ludziom, że nie powinni słuchać żadnego autorytetu, sami ustawiają się w roli nauczycieli wyrokujących, co jest wolnością, a co niewolą. Dając swoimi wypowiedziami do zrozumienia, że sfera polityki jest odseparowana od społecznego nauczania Kościoła kreują świat, w którym moralność zależy od bieżących zależności. Wpychając do głów odbiorców przekonanie, że można być katolikiem nie zachowując katolickiej doktryny, nie tylko okradają ludzi ich z tożsamości, ale konserwują i umacniają w społeczeństwie tę samą schizofrenię, która jeszcze niedawno pozwalała jednocześnie być partyjnym aparatczykiem i uważać się za dysydenta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Walka o prawo Kościoła do głoszenia własnej nauki i o prawo katolików do jej słuchania, bez względu na to kim są,  nie jest więc tylko batalią o ludzkie życie odbierane podczas in vitro. Jest też walką o istotę demokracji i o społeczne wyzdrowienie. Jest walką o normalność.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-3844664170863877299?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/3844664170863877299/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=3844664170863877299' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/3844664170863877299'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/3844664170863877299'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/10/kto-komu-w-sumieniu-grzebie.html' title='Kto komu w sumieniu grzebie?'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-743651981417953962</id><published>2010-10-22T16:55:00.005+02:00</published><updated>2010-10-22T19:51:00.581+02:00</updated><title type='text'>Teatr to nie życie</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Bodaj Małgorzata Foremniak opowiadała kiedyś w jakimś wywiadzie, że została skrzyczana na ulicy przez pewną panią, ponieważ postać, którą odtwarzała w jednym z emitowanych wówczas seriali, dokonywała akurat raczej paskudnych czynów. Mniejsza zresztą o to, czy była to właśnie Foremniak - niejeden aktor, szczególnie z co popularniejszej produkcji, ma niewątpliwie na swoim koncie niemało takich historii. Widzowie nie zawsze rozumieją bowiem, że aktorzy są tylko odtwórcami, imitatorami, którzy udają kogo innego. Grają - bo to im daje chleb, bo są oglądani, bo ludzie mogą się z nimi utożsamiać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czym aktorzy różnią się od polityków? Otóż oni, zapytani o swoją postać, nie będą udawali, że nią są. Więcej nawet, będą starali się nawet w swoich wypowiedziach podkreślać fakt, że tam, przed ekranem lub na scenie to nie są oni (mówiąc na przykład: "Ania, której postać odtwarzam..." albo "Adam, którego gram..."). Tymczasem politycy, którzy także przecież biorą udział w medialnych spektaklach (z podobnych skądinąd zupełnie pobudek), zapytani jak to jest z tym, co mówili lub robili, zawsze będą upierać się, że naprawdę tak myślą. Robiąc inaczej traciliby na wiarygodności, a na to pozwolić sobie nie mogą. I aktorzy, i politycy doskonale wiedzą, że w świetle kamer muszą udawać kogoś innego (groźniejszego, bardziej zdecydowanego, mocniejszego w gębie, bezczelnego, nieprzejednanego...). Rzecz w tym, że ta sama pani, która zwymyślała Foremniak od kurtyzan, bo zdradzała serialowego męża, w swoim pojmowaniu świata sama z siebie nie zrozumie, że kłótnie polityków, które ogląda na szklanym ekranie to tylko sztuka. Inscenizacja. Gra.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie jest łatwo uwierzyć w to, że ci sami politycy, którzy rano w studiu skakali sobie do gardeł, krzycząc jeden przez drugiego "Panie pośle! Panie pośle!" mogą jeszcze tego samego dnia wieczorem, bez najmniejszych oporów, spotkać się na imprezie, na której będą siedzieli przy jednym stoliku, pili piwo i mówiąc sobie po imieniu rozmawiali o mało ważnych sprawach życia codziennego. Jeśli nie mieszka się w stolicy i nie bywa na takich rautach,  na podobne obserwacje nie ma się właściwie żadnych szans. Miliony Polaków dostają codziennie na ekranach swych telewizorów obraz teatralnych kłótni i sporów. Nie dostają już jednak przekazu z kulisów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Emocje pomiędzy politykami mają w gruncie rzeczy zupełnie inny charakter, niż pomiędzy ich zwolennikami. Ci pierwsi, nawet jeśli się pokłócą, w zdecydowanej większości będą w stanie później poklepać się po plecach, mówiąc: "No, tośmy sobie dali po razie, co?". I nawet jeśli nie będą w tym wszystkim zupełnie szczerzy, to ich napięcie znajdzie swoje ujście. Tymczasem wyborcy swoje odczucia akumulują. Dla nich polityczny spór nie jest teatrem. Dla nich to jest ich życie. Polityczny oponent z dnia na dzień, z każdą medialną utarczką, z dyskutanta przemienia się we wroga, a narastająca agresja szuka drogi ujścia. W większości wypadków kończy się to bluzgami w sieci. Ostatnio wydarzyła się Łódź.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Idee mają swoje konsekwencje. Słowa i zachowania też. Może warto, aby politycy zaczęli brać u aktorów nie tylko lekcje autokreacji.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-743651981417953962?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/743651981417953962/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=743651981417953962' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/743651981417953962'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/743651981417953962'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/10/teatr-to-nie-zycie.html' title='Teatr to nie życie'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-2143408853126173645</id><published>2010-10-04T10:50:00.003+02:00</published><updated>2010-10-04T13:39:23.968+02:00</updated><title type='text'>Ruch Poparcia Pali...ndromu?</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Sobotni zjazd zwolenników Janusza Palikota przykuł dość mocno uwagę mediów, które na różne sposoby analizowały jak na skutek tego wydarzenia może zmienić się polska rzeczywistość. Wydaje się, że możliwe scenariusze są dwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsza opiera się na założeniu, że Palikota do budowania własnego środowiska pchają faktycznie względy ideowe. Piętnaście postulatów ogłoszonych w Sali Kongresowej to program hałaśliwy, jednak skierowany jednoznacznie albo do młodych gniewnych, albo do starych sfustrowanych. Ci pierwsi będą podskakiwać i radośnie klaskać w dłonie na wieść o darmowej antykoncepcji, ci drudzy - pełni antykościelnych fobii - z uznaniem będą kiwać głowami nad żądaniem, żeby nie wpuszczać kleru na państwowe uroczystości. Ruch Poparcia Palikota da schronienie różnym skrajnie liberalnym grupkom i autorytetom, które plątają się dziś po polskiej scenie publicznej, nie mogąc nigdzie zagrzać miejsca na dłużej, jako że nikt nie chce poprzeć ich jedynie słusznych żądań. Wystarczy popatrzeć na skład "celebrities" obecnych na spotkaniu: Kora Jackowska, Magdalena Środa, Manuela Gretkowska, Ryszard Kalisz, Kazimierz Kutz, Agata Bielik-Robson... Rozciągnięci wcześniej gdzieś pomiędzy Krytyką Polityczną a Gazetą Wyborczą, bez realnego wpływu na rzeczywistość, za to z dużą potrzebą zmieniania świata na własny obraz i podobieństwo - wszyscy przyszli do PKiN z nadzieją na to, że w końcu coś im się uda. Do pełnego zestawu zabrakło jeszcze tylko eks-ojca Tadeusza Bartosia i Jerzego Urbana, ale nie wątpię, że już niedługo i ich zobaczymy w tym dream teamie. To właśnie pod sztandarami niesionymi przez te autorytety pójdzie grono młodych - idealistycznych, proreformatorskich i otwartych na świat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdyby okazało się to prawdą, byłaby to stosunkowo dobra wiadomość. Zebranie wszystkich radykalizmów i populizmów pod jednym parasolem pokazałoby, jak niewielka &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;de facto&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; jest grupka tych, którzy je głoszą. Dziś, wnioskując głównie na podstawie przekazów medialnych, można odnieść wrażenie, że kwestie takie jak rozdział Kościoła od państwa albo prawo do aborcji rozpalają codziennie miliony Polaków. A tymczasem, jak pokazały pierwsze sondaże, na stronnictwo Palikota swój głos oddałoby zaledwie 3,8% wyborców. I nic dziwnego - darmowy internet, który jest obietnicą równie realną co 100 milionów złotych dla każdego, może co prawda przez krótką chwilę pełnić rolę zasłony dymnej, skrywającej fakt, że "nowoczesność" według Palikota to zwykły antyklerykalizm, ale długo się na tym pociągnąć nie da. Prędzej czy później obietnice okażą się niespełnialne, a ruch "palikotowców" skanalizuje aktywność niewielkiej liczby młodych i starych rewolucjonistów, sprowadzając ich do roli folkloru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Istnieje jednak także scenariusz nieco odmienny, zdecydowanie mniej optymistyczny, który staje się wyraźniejszy, gdy do czytania ostatnich wydarzeń przyłożymy klucz polskiej postpolityki. Krystalizowanie się stronnictwa Palikota w formule samodzielnego bytu może być zapowiedzią przygotowywania się PO do zbliżających się wyborów parlamentarnych. Pojawienie się na scenie politycznej ugrupowania podnoszącego mocno lewicujące hasła (przy czym, co istotne, niemal wyłącznie ze sfery obyczajowości i stosunków społecznych, tematów gospodarczych w programie Palikota nie uświadczymy) sprawi, że w powszechnym odbiorze Platforma przesunie się bardziej na jej prawą stronę. Jeśli nałożymy ten fakt na tło niezrozumiałych i źle społecznie odbieranych działań i wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z ostatnich kilku tygodni, możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że PO postanowiła takim oto zabiegiem zawalczyć o przeciągnięcie na swoją stronę centrowego elektoratu. "Wydzielenie" Palikota do osobnej "spółki" pozwoli pozbyć się lewego skrzydła, zbyt ciężkostrawnego dla części wyborców, którzy jednak po "amputacji" pana od wibratora chętniej poprą Donalda Tuska, jako alternatywę dla "szalonego" Kaczyńskiego. Hałaśliwość i radykalizm "palikotowców", na zasadzie kontrastu, dodatkowo podkreślać będą wyważenie i umiarkowanie polityków PO.  Jednocześnie zaś nie ma wątpliwości, że Palikot, który dzięki swoim lewackim hasłom nie tylko zagospodaruje lewicującą część wyborców PO, ale też odbierze nieco głosów SLD, wiernie będzie stał przy boku kolegów, bez żenady w odpowiednim momencie wchodząc z nimi w koalicję. Łagodne w sumie rozstawanie się szefa lubelskiej PO z własną partią wydaje się taką tezę uwiarygadniać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Palindrom, to wyraz lub zdanie brzmiące tak samo przy czytaniu od lewej strony do prawej, jak i odwrotnie. Czy Palikot okaże się politykiem, który bez względu na to co robi, działa zawsze tak, by wspierać Platformę pokaże czas. Dziś jednak wiele wskazuje na to, że jest to scenariusz bardzo prawdopodobny. &lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-2143408853126173645?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/2143408853126173645/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=2143408853126173645' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/2143408853126173645'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/2143408853126173645'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/10/ruch-poparcia-palindromu.html' title='Ruch Poparcia Pali...ndromu?'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-7355896028585153630</id><published>2010-09-19T23:13:00.008+02:00</published><updated>2010-09-20T02:39:15.443+02:00</updated><title type='text'>Ex umbris et imaginibus in veritatem</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Każdy błogosławiony i święty, w naturalny sposób, jest dla żyjących nie tylko orędownikiem w drodze do nieba, ale także wzorem takiego postępowania, które daje pewność zbawienia. Wydaje się jednak, że papież, osobiście beatyfikując kardynała Johna Henry'ego  Newmana (co jest aktem tym wyrazistszym, że stanowi istotne odstępstwo od wprowadzonej przed kilku laty reguły, że uroczystościom beatyfikacyjnym przewodniczą papiescy legaci) chciał niezwykle mocno zwrócić uwagę Anglików i całego świata na cechy, postawy i wartości, jakie reprezentował swoją osobą nowy błogosławiony. W encyklice "Spe salvi" Benedykt XVI napisał: "Nauka może wiele wnieść w proces humanizacji świata i ludzkości. Może jednak również zniszczyć człowieka i świat, jeśli nie jest ukierunkowana przez siły, które są poza nią". W kontekście tych słów beatyfikacja kardynała Newmana, dokonana wobec 60 tys. zgromadzonych osób, nabiera dodatkowego znaczenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najważniejszą jak się wydaje "zaletą" kardynała Newmana, jako wzorca dla chrześcijan XXI wieku jest spójność, z jaką łączył w sobie dwie pozornie przeciwstawne postawy - uparte dążenie do rozumowego poznawania rzeczywistości i głębokie zanurzenie w modlitwie. We współczesnym świecie, szczególnie w jego zachodniej części, powszechnie królującym przekonaniem jest, że wiara jest stanem rezygnacji z rozumu. Dialektyczne rozdzielenie &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;fides &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;i &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;ratio&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; każe chować religię w zamkniętych ścianach "prywatnej sprawy każdej osoby", odmawiając jej już nie tylko prawa do wpływania na całokształt społecznych stosunków, do bycia fundamentem międzyludzkich relacji, ale wręcz prowadzi do prześladowania jakichkolwiek form wyrażania własnej religijności, w duchu wojowniczego ateizmu (czy, jeśli ktoś woli: "laickości społeczeństwa"). Efektem tego jest już nie tylko niepoważne traktowanie naukowców deklarujących przywiązanie do wiary (jako pozbawionych obiektywizmu i niezbędnego krytycyzmu bigotów), ale także podejrzliwe przyjmowanie każdego &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; praktycznie &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;przejawu religijności. Przykładów nie trzeba szukać daleko - to przecież właśnie w kraju nad Tamizą żądano dymisji ze stanowiska minister Ruth Kelly, a podstawą tych żądań był fakt jej przynależności do Opus Dei. To także tam pracę straciła pielęgniarka, która zadeklarowała, że będzie modlić się za swoją podopieczną i tam zwolniono stewardessę noszącą na szyi krzyżyk (nawiasem mówiąc pod kuriozalnym zarzutem noszenia biżuterii do służbowego munduru). To tylko kilka sytuacji z szerokiego katalogu - papież Benedykt bez wątpienia jest ich świadom. A jednak to właśnie w tym społecznym kontekście, pośród - zdawać by się mogło - zgliszcz i popiołów, cytuje słowa kardynała: „zwyczaj modlitwy, praktyka zwracania się do Boga i świata niewidzialnego o każdej porze, w każdym miejscu i we wszystkich okolicznościach – modlitwa, mówię, ma to, co można by nazwać efektem naturalnym w uduchowianiu i wznoszeniu duszy. Człowiek nie jest już tym, kim był przedtem; stopniowo (...) wchłaniał nowy zestaw idei i stawał się nasycony świeżymi zasadami”. To właśnie modlitwa nakierowuje naukę (ale także wszystkie inne elementy cywilizacyjnego postępu) na siły, które są poza nią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozornie wydawać się może, że jest to głos wołającego na pustyni. Jednak ciężko jest podejrzewać papieża o tak głęboką naiwność - podkreślanie roli modlitwy jest raczej efektem realizowanej od początku pontyfikatu strategii przeciwstawiania hałaśliwej krytyce spokojnych i rzeczowych, opartych na fundamencie katolickiego nauczania kontrargumentów i pokazywaniu bliskich i zrozumiałych dla współczesnych ludzi wzorców. W walce z nihilizmem i konsumpcjonizmem XXI wieku postać XIX-wiecznego kardynała jest orężem atrakcyjnym właśnie dlatego, że nie da się go łatwo wepchnąć do "ciemnogrodzkiej" szuflady. Newman podkreślający przewagę wiedzy konkretnej nad pojęciową, domagający się udowadniania wiary poprzez rozumowanie, a przy tym bez obawy podchodzący do dialogu to bohater niosący odpowiedzi na wiele pytań i trosk dzisiejszych młodych ludzi, już od najmłodszych lat przyzwyczajanych do kwestionowania zasad. To autorytet udowadniający, że domeną Kościoła nie jest ślepe posłuszeństwo, ale dający intelektualne podwaliny pod wiarę. To także postać, która pomaga już wierzącym zrozumieć, że dzisiejszy świat nie musi być dla nich zagrożeniem, o ile tylko będą potrafili odpowiednio się wobec niego zakotwiczyć. Jak? Tu znów Benedykt XVI przytacza podpowiedź z dorobku kardynała: „Chcę świeckich, nie aroganckich, nie nierozważnych w mowie, nie dyskutujących, ale ludzi, znających swą religię, wchodzących w nią, wiedzących dokładnie, gdzie się znajdują, wiedzących, czego się trzymać, a czego nie, znających swe credo tak dobrze, że mogą zdawać z niego rachunek, znających tak dobrze historię, że mogą jej bronić”. A przy tym, co warte podkreślenia, język prac Newmana jest dużo przystępniejszy niż traktaty Akwinaty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na zakończenie warto jeszcze zwrócić baczną uwagę na pewien paradoks, który zrealizował się w beatyfikacji dokonanej 19 września - paradoks Bożej miłości. W niemal 165 lat po swojej konwersji, John Henry Newman, który w pierwszych latach swojego życia uważał papieża za Antychrysta, a katolików za osobników godnych pogardy, został ogłoszony katolickim błogosławionym. To żywy dowód na to, że Bóg, w swym wielkim miłosierdziu, każdego może poprowadzić &lt;em&gt;ex umbris et imaginibus&lt;/em&gt; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;in &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;em&gt;veritatem&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt; die&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; ("z cieni i złudzeń do prawdy" - napis na grobie kardynała Newmana). Nie tylko tych, którzy już wierzą - choćby i niepełnie. Także i tych, którzy dzisiaj krzyżują pluszowe misie, budują krzyże z puszek po piwie albo palą papieskie podobizny. To pocieszająca świadomość.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-7355896028585153630?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/7355896028585153630/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=7355896028585153630' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/7355896028585153630'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/7355896028585153630'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/09/ex-umbris-et-imaginibus-in-veritatem.html' title='Ex umbris et imaginibus in veritatem'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-6011261579204758011</id><published>2010-07-31T09:52:00.000+02:00</published><updated>2010-07-31T09:53:17.785+02:00</updated><title type='text'>Godziny W</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zapytałem kiedyś pewnego starszego pana, który podczas Powstania  Warszawskiego był Zawiszakiem - jednym z tych maluchów roznoszących  pocztę i meldunki - jak to było w walce? Spodziewałem się opowieści  raczej mrocznej i pełnej bólu. Tymczasem on odpowiedział krotko: "Proszę  pana, dla nas to była świetna zabawa". I uśmiechnął się ciepło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zastanawiam  się czasem nad biografiami powstańców. Większość z nich jest dość  krotka. Gdy 1 sierpnia wybiegali na ulice Warszawy mieli raptem po  dwadzieścia kilka lat. Czy mieli wtedy świadomość w czym biorą udział?  Świadomość ofiary, jaka będą składać? A może po prostu dla nich to była  forma wyczynu, adrenalina, entuzjazm, że "w końcu cos robimy" - taki  dzisiejszy "fun"? Pewnie tak do końca nigdy się tego nie dowiemy.  Wydarzenia, które nastąpiły w kolejnych tygodniach pokryły ich pierwotne  motywacje  szlachetnym obrazem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Łatwo byłoby protekcjonalnie  powiedzieć o nich: młodzi szaleńcy. W tym wieku krew krąży szybko, a  człowiek gotów jest na niemałe ryzyko, nic wiec dziwnego, że poszli w to  piekło bez pomyślunku. My dziś, z nasza racjonalnością i dystansem na  pewno nie popełnilibyśmy takiej głupoty. Po co się było narażać na pewna  śmierć, szczególnie wobec oczywistej przewagi Niemców. Gorące głowy,  wariaci - a mogliby żyć. Tacy młodzi, tacy młodzi...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie będę  wchodził w analizę tego, czy Powstanie było konieczne i co dało, a co  zabrało. Mądrzejsi ode mnie już to opisali. Moja uwagę przykuwa jednak  inna rzecz. Gdy oglądam zdjęcia, na których są ci "wariaci", zrobione  jeszcze przed Powstaniem, a nawet przed wojna, widzę w ich oczach  dojrzałość, której dziś próżno szukać u osób w ich wieku, a nawet u  starszych. Żyjemy w czasach, gdy w dorosłość wchodzi się mniej więcej  przed trzydziestka (wtedy, po skończeniu studiów, jakichś stażach, może  rocznych wakacjach można zacząć myśleć nad wyprowadzeniem się od  rodziców, konkretna praca, kredytem, małżeństwem - o ile w ogóle). Dla  nich ten proces zaczynał się dziesięć lat wcześniej. Czy umiemy - my,  rozpuszczone już nieco dzieci cywilizacji - w pełni zrozumieć ich  dojrzałość i odpowiedzialność za siebie, za rodziny, za Polskę, nie  nakładając na to kalki naszych własnych przekonań? Nie wiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieuchronnie  też musi pojawić się pytanie o to, jak my dziś poradzilibyśmy sobie z  Godziną W... A może nawet tryb przypuszczający trzeba tu usunąć i  zapytać - jak sobie radzimy? Czy w chwilach sprawdzianów, tych małych i  tych dużych, w chwilach odpowiedzialności za swój mały świat i za "duże"  państwo, za przyjaciół, za wiarę, za wolność, czy my dwudziesto- i  trzydziestolatkowie potrafimy pokazać taka dojrzałość, jak nasi  rówieśnicy sześćdziesiąt sześć lat temu? Bez martyrologii i patosu, tak  po prostu. Warto w bijących się w stolicy powstańcach zobaczyć także i  taki wzór. &lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-6011261579204758011?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/6011261579204758011/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=6011261579204758011' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6011261579204758011'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6011261579204758011'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/07/godziny-w.html' title='Godziny W'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-1108680699745257886</id><published>2010-07-12T13:17:00.005+02:00</published><updated>2010-07-12T14:34:17.008+02:00</updated><title type='text'>Wy - godniej?</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Odejdźmy na chwilę od bieżącego sporu politycznego, spróbujmy oderwać się od własnych emocji i zastanówmy się jakby to było, gdyby Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej  zginął w trakcie pełnienia obowiązków, ale w innym czasie, innym miejscu i w innych uwarunkowaniach wewnętrznych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyobrażam sobie, że nastrój byłby podobny jak w pierwszych dniach po smoleńskiej katastrofie - tłumy ludzi, kwiaty, znicze. Niektórzy pewnie by się modlili, inni może płakaliby na ulicach. Media wyciszyłyby się i zrezygnowałyby z reklam, a kraj pogrążyłby się w zadumie i smutku, bo zginął ktoś, kto - choćby wyłącznie z racji na godność urzędu - był symbolem nas wszystkich, naszej wspólnoty i podmiotowości. A potem, w godnym miejscu, zbudowano by pomnik upamiętniający najwyższego reprezentanta naszego kraju, bo tak przecież właśnie postępują cywilizowane państwa, których przywódcy zginęli tragicznie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z żalem i niepokojem śledzę dyskusję na temat krzyża przy Krakowskim Przedmieściu. Znalazł się tam, bo taką już mamy w Polsce tradycję - stawiamy krzyże na znak czyjejś śmierci w miejscu, gdzie doszło do wypadku. A jeśli z jakichś względów nie ma takiej możliwości (bo np. śmierć wydarzyła się zagranicą) - w miejscu, które choć symbolicznie do danej osoby nawiązuje. Naturalnie więc po smoleńskiej katastrofie krzyż pojawił się właśnie przed Pałacem Prezydenckim - trudno jest wyobrazić sobie miejsce oczywistsze, niż to, w którym wykonywany był Urząd (właśnie tak, wielką literą, żeby szczególnie podkreślić nieadministracyjny wymiar tej funkcji).  I równie naturalnie, na fali emocji, stał się dla wielu właśnie takim pomnikiem, upamiętniającym ofiary katastrofy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozumiem racje tych, którzy optują za przeniesieniem krzyża w inne miejsce. Boją się zapewne (i jest to chyba obawa mająca realne podstawy), że może się on stać przedmiotem nie tyle upamiętnienia ofiar, co stricte politycznych demonstracji. Wiemy dobrze z naszej własnej historii, że nawet proste składanie kwiatów może być wielką manifestacją, możemy się również spodziewać, że znalazłyby się osoby, które chodziłyby pod Pałac z wieńcami nie tyle z chęci oddania czci zmarłym, ale by dopiec w ten sposób urzędującemu Prezydentowi. Taką postawę widać już zresztą i obecnie w wypowiedziach niektórych opozycyjnych polityków, próbujących maksymalnie zdyskontować ten temat. Jednak z drugiej strony nie można podejmować tak ważnych decyzji kierując się jedynie doraźnym interesem partyjnym&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obecność krzyża przy Krakowskim Przedmieściu ma kilka wymiarów i wszystkie je należy uwzględniać, jeśli chce się odpowiedzialnie podejść do tematu. Jego usuwanie może wielu ludziom kojarzyć się z otwartą walką z religią - i nie jest to tylko histeryczna reakcja, ale efekt historycznych doświadczeń. Jest to szczególnie istotne w czasie trwającej w Europie kontrowersji odnośnie obecności krzyża w przestrzeni publicznej, bo może sprawiać wrażenie, że oto polski Prezydent staje w awangardzie postaci walczących z religijnym dziedzictwem. Z kolei tłumaczenie, że zabieg przenosin ma na celu znalezienie godniejszego miejsca brzmi o tyle fałszywie, że wciąż mamy jeszcze w głowach okrzyki demonstrantów spod Wawelu. W o wiele większym stopniu wygląda to na próbę "schowania" pamięci po pisowskim Prezydencie, usunięcie jej w kąt - w głównej mierze dlatego, że był właśnie pisowski. Bo tak jest obecnej władzy wygodniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy można więc pogodzić wodę z ogniem? Można, pod warunkiem, że będzie się postępowało godnie i z delikatnością wobec odczuć innych, także politycznych przeciwników. Po pierwsze - należy zgodzić się z tym, że powinien jak najszybciej powstać pomnik upamiętniający Prezydenta Kaczyńskiego, a może także pozostałe ofiary katastrofy. Nawet osoby, które zginęły w Lesie Kabackim w 1980 roku mają swoją tablicę - dlaczego w tym wypadku miałoby być inaczej? Po drugie - pomnik ten powinien być godny i reprezentatywny, umieszczony w prestiżowym miejscu stolicy. Żaden tam kamień z tablicą, rzucony gdzieś w Rembertowie albo na rondzie w Piastowie. Każdy odwiedzający Warszawę turysta powinien w łatwy sposób móc ten pomnik obejrzeć - honorować on bowiem będzie tych, którzy reprezentowali Rzeczypospolitą. Nie mamy się chyba kogo wstydzić? I po trzecie - niech najważniejszym elementem jego architektury będzie krzyż. Ze względu na krzyż na Krakowskim Przedmieściu, ze względu polską tradycję stawiania krzyży za zmarłych, ze względu wreszcie na krzyże katyńskie, bo przecież i tych skojarzeń uniknąć się nie da.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopiero po tym, gdy powstaną takie plany i gdy się je zrealizuje należy zacząć rozmowy o usuwaniu krzyża z przed prezydenckiej siedziby. Chyba, że nie o zgodę w tym wszystkim idzie.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-1108680699745257886?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/1108680699745257886/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=1108680699745257886' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/1108680699745257886'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/1108680699745257886'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/07/wy-godniej.html' title='Wy - godniej?'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-9138266533722244268</id><published>2010-07-05T20:29:00.004+02:00</published><updated>2010-07-05T21:19:32.894+02:00</updated><title type='text'>Pokonać Anteusza</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nie apeluję, aby go zastrzelić i wypatroszyć, a jego skórę wystawić na sprzedaż w Europie. Nie proszę o to, by zamknąć go na trzy spusty w wilii w Klarysewie i nigdy nie wypuszczać, ani nawet o to, by głośno mówić, że się publicznie prostytuuje. Nie chcę pisać o nim wierszy, nie chcę go wzywać do publicznych przeprosin, nie chcę go kneblować, ani wyrywać mu języka. To co mówi i jak mówi boli, czasem wręcz ogłusza, ale jeśli ktoś chce, to niech mu podaje rękę albo pije z nim z jednej małpki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale proszę o jedno - pozwólcie mu w końcu odejść! Jego obecność zatruwa nas wszystkich, psuje nasze wzajemne stosunki, wpuszcza jad w społeczny krwiobieg. Na krótko, sporadycznie, jego pomysły mogą nawet bawić, ale w dłuższej perspektywie są jak heroina. Dają krótką radość i opłakane efekty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie zapraszajcie go do programów, nie proście go o wywiady, nie oczekujcie od niego komentarzy. Nie jedźcie na kolejny happening, kolejną konferencję prasową, kolejną hucpę. Rozumiem, że trudno jest z tego zrezygnować, bo prawie na pewno powie znowu coś kontrowersyjnego, a to podniesie oglądalność/czytelnictwo/klikalność. Bądźcie jednak odpowiedzialni! Za nas wszystkich, za jakość obywatelskiego społeczeństwa. Nieważne, czy w imię smoleńskiego dziedzictwa czy zgody, która buduje - są postawy, słowa, czyny, których nie usprawiedliwia żaden interes, więc nie dawajcie im pola. Nie trzeba z nim walczyć. Wystarczy go nie karmić. On jest jak płomień, który potrzebuje Was, mediów, jak tlenu. Jeśli odetnie mu się dostęp sam zgaśnie. Bez publiki odejdzie w niebyt jak klaun, którego psoty przestały już bawić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Herakles walcząc z Anteuszem w ostatnim niemal momencie zorientował się, że pokonać może go jedynie wówczas, gdy będzie go trzymał z dala od ziemi, bo ta, gdy tylko przeciwnik jej dotknął, przywracała mu siły. Nie dawajcie więc już temu rodzimemu Anteuszowi ziemi, po której mógłby stąpać. Niech zawieszony w przestrzeni pobuja tak długo, aż przestanie kogokolwiek interesować. I zróbcie to teraz, zanim nas wszystkich podusi.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-9138266533722244268?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/9138266533722244268/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=9138266533722244268' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/9138266533722244268'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/9138266533722244268'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/07/pokonac-anteusza.html' title='Pokonać Anteusza'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-8865443525483908396</id><published>2010-06-16T00:14:00.003+02:00</published><updated>2010-06-16T01:19:40.005+02:00</updated><title type='text'>Komu w Polsce potrzebny jest fundamentalizm?</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt; Trybunał w Strasburgu wydał wczoraj wyrok w sprawie Grzelak przeciw Polsce, pokazując przy tym, że polskie dzieci, które nie chodzą na zajęcia z religii, mają naprawdę poważnie przechlapane. Małżeństwo, które złożyło pozew skarżyło się, że ich syn był z tego powodu molestowany fizycznie i psychicznie &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;przez swoich rówieśników&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;. Podobno go nawet wyzywano i bito, przez co musiał dwa razy zmieniać szkołę. Dodatkowe światło na sprawę rzucił prof. Hołówka, który proszony o skomentowanie tej sprawy, rozrzewnił się nad losem biednych dzieci, które nie chcąc uczęszczać na religię, a nie mając w zamian zajęć z etyki, zmuszone są, o zgrozo, do wcześniejszego wychodzenia że szkoły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Strasznie chciałbym dowiedzieć się gdzie też mieszkają te dzieci, które tak ślepo oddane są swojej wierze, a przy tym tak do głębi przesiąknięte są fanatyzmem religijnym, że gotowe są bezlitośnie szydzić z każdego, kto sam wierzący nie jest. Wychodzi bowiem na to, że żyłem dotychczas w zupełnie innym świecie. Z tego co pamiętam, odkąd tylko religia została wprowadzona do szkół, problemem było nie to, że ktoś zakazywał uczniom na nią chodzić, ale raczej to, że właśnie nakładał na nich taki obowiązek, choć oni sami wcale nie mieli na to ochoty. Chodzili więc cokolwiek niechętnie, wykorzystując skrzętnie ten czas do odrabiania prac domowych z innych przedmiotów. No chyba, że była to ostatnia lekcja tego dnia – wtedy nierzadko się z niej „zrywano” i jakoś nie pamiętam zbytniej rozpaczy, że ma się przez to wcześniej wolne.     &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fakt, do szkoły chodziłem już jakiś czas temu, mogło się wiec sporo pozmieniać. Może rzeczywiście dzisiejsza młodzież tak głęboko ukochała religię, iż nie wyobraża sobie sytuacji, że ktoś na nią nie uczęszcza i to tak dalece, że gdy już się coś takiego zdarzy, to w odwecie doprowadzają niemal do linczu odmieńca. Może, choć obserwując rzeczywistość mam nieodparte wrażenie, że jest jednak dokładnie odwrotnie. Ci, którzy nie muszą albo nie chcą chodzić na religię, są raczej idolami i obiektami zazdrości, niż poszkodowanymi. I jeśli ktoś w ogóle miewa kłopoty na religijnym tle, to właśnie ci, którzy traktuję ten temat na serio.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chcę komentować tutaj istoty wyroku Trybunału. Nie chcę też rozwodzić się nad potrzebą istnienia w polskiej szkole zorganizowanego nauczania etyki. Faktem jest, że przepisy nakładają na szkoły obowiązek organizacji takiego „zastępstwa” i dyrektorzy powinni się z tego wywiązywać. Irytuje mnie jednak i martwi przewrotność argumentów używanych w pozwie i w komentarzach po wyroku.  Budują one obraz Polski jako kraju reakcyjnego, w którym dyszący nienawiścią katole tępią bezwzględnie resztki miłujących pokój i wolność wyznawców racjonalizmu, nie mając przy tym względów nawet dla dzieci. Jest to oczywiście obraz o tyle fałszywy, co tendencyjny, szczególnie, że odnosi się do państwa, które jako jedyne w Europie uniknęło wojen religijnych. I choć ta tradycja szacunku dla wolności trwa nad Wisłą po dzień dzisiejszy, na potrzeby bieżących sporów polityczno-społecznych dużo wygodniej jest budować atmosferę zagrożenia religijnym fundamentalizmem - wiadomo przecież, że wielu ludzi, na zasadzie poszukiwania złotego środka, pomyśli: "no niby nie jest aż tak źle, ale z drugiej strony, skoro sąd wydał taki wyrok, to coś w tym musi być".  Dzięki kłamstwom powtarzanym po wielokroć osiąga się stan, w którym osoby występujące publicznie przeciwko katolickiemu myśleniu odbierane są jako wyzwoliciele z okowów ciemnogrodu i obskurantyzmu. I to właśnie, paradoksalnie, te osoby "dekretują" w Polsce religijny fundamentalizm. To im on jest potrzebny, oni bo bez niego uschną, stracą rację swojego istnienia.  Ogłaszają go więc przy każdej możliwej okazji, dopasowując fakty do własnych potrzeb. Budując swoje status quo na walce z wyimaginowanym smokiem, wciąż muszą dbać o to, żeby możliwie największa liczba ludzi wierzyła w jego istnienie. I w sumie mają do tego prawo, tak samo jak człowiek, którego swędzi nos ma prawo opowiadać, że to dowód na to, że jest podtruwany. Źle się dzieje tylko, że kolejne orzeczenie Trybunału znowu w jakimś sensie legitymizuje taki sposób przekręcania rzeczywistości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pociesza mnie jednak świadomość, że mogło być dużo gorzej. Ostatecznie przecież ETS, znany z tego, że lubi wydawać orzeczenia kuriozalne, mógł stwierdzić, że skoro nie da się w polskich szkołach zapewnić nauczania etyki (bo np. nieopłacalne jest zatrudnienie etyka żeby prowadził lekcję dla jednej osoby, gdy tylko ona jedna zgłosiła taką wolę), to – w imię równości poglądów i wolności wyznania – należy w ogóle wyrzucić religię z programu nauczania w naszym kraju. Brzmi to dość głupio, ale o tym, że nie jest to perspektywa tak zupełnie kosmiczna przekonuje chociażby wyrok Rzymskiego Trybunału Administracyjnego z sierpnia 2009 roku, w którym to włoski sąd nakazał usunięcie stopnia z religii ze świadectw maturalnych. Co prawda tam z oskarżeniem wystąpiła cokolwiek egzotyczna koalicja organizacji ateistycznych, żydowskich, muzułmańskich i protestanckich, ale schemat myślenia był identyczny – skoro sami nie jesteśmy w stanie zapewnić w szkołach nauczania naszych poglądów (bo nikt nam tego nie broni, wystarczyłoby się po prostu zorganizować), żądamy, aby katolikom, którym się to udaje, zakazać tego procederu. W imię równości i wolności. Całe szczęście w Polsce nie doszliśmy jeszcze do tego poziomu, choć założę się, że prof. Hołówka nie dostrzegłby w takim postępowaniu niczego nieetycznego.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-8865443525483908396?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/8865443525483908396/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=8865443525483908396' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/8865443525483908396'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/8865443525483908396'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/06/komu-w-polsce-potrzebny-jest.html' title='Komu w Polsce potrzebny jest fundamentalizm?'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-3876389196067187916</id><published>2010-06-10T01:44:00.002+02:00</published><updated>2010-06-10T01:47:56.062+02:00</updated><title type='text'>Wespół w zespół</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wysłuchałem dziś przez przypadek w radiu audycji przygotowanych przez komitety wyborcze kandydatów na prezydentów. Normalnie nie mam na to czasu, ale jazda samochodem sprzyja takiej aktywności. Szczęśliwie nie jechałem daleko - gdyby było inaczej, mogłoby to skończyć się wypadkiem, bo niewiele brakowało, żebym popłakał się ze wzruszenia.     &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla tych, którzy martwią się, jak wyniki najbliższych wyborów przełożą się na przyszłość Polski, mam dobrą wiadomość. Z radiowych spotów wynika, że nie ma większego znaczenia kto wygra wyścig, bo i tak wszyscy niemal kandydaci obiecują doprowadzić do tego samego. Po kolei, z jednym tylko wyjątkiem, zapowiadają, że jeśli tylko zostaną wybrani, natychmiast doprowadzą do usunięcia podziałów oraz wygaszenia sporów i bezsensownych wojen. W nowej, powyborczej ojczyźnie, pod ich przewodem, wszyscy będą się kochali, mimo dzielących nas wcześniej różnic i odmienności. I tak jeden po drugim, w tym samym stylu, prawie tymi samymi zdaniami. Całe szczęście, że poszczególne audycje miały swoje własne podkłady muzyczne, bo inaczej mógłbym nawet nie zauważyć, że zmienił się komitet.    &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jadąc więc przez wieczorną stolicę rozrzewniłem się głęboko, bo przed oczami stanęła mi wizja kraju powszechnej szczęśliwości, w którym wilk jest gościem jagnięcia, lampart leży obok koźlęcia, a Janusz Palikot z Jackiem Kurskim przechadzają się pod rękę w cieniu, w takt muzyki Chopina. I kto wie, może popadłbym w ostateczną ekstazę, niechybnie powodując kraksę, gdyby skrzydeł nie podcięła mi brutalna świadomość, że żadnej z tych sielskich historii nie towarzyszyły najmniejsze nawet konkrety.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cóż, wychodzi na to, że wylazło ze mnie kołtuństwo, które nie pozwala ostatecznie poddać się nastrojowi chwili. Zamiast bowiem rozczulić się nad dębem Bartkiem, zadumać się nad odwagą przodków, którzy się bili, porozważać w skupieniu jakie cnoty pomagają w budowaniu, albo przytaknąć myśli, jak ważny jest dobrobyt, moja prozaiczna natura chciałaby usłyszeć jak też kandydaci na najwyższy urząd wyobrażają sobie swoje przyszłe włodarstwo. Czy pokój, który nastanie po wyborach będzie efektem społecznego przejrzenia na oczy, czy też może zostanie wprowadzony specjalnym dekretem? A może te baśniowe gawędy tak głęboko wnikną w nasze dusze, że już 11 czerwca, jak upojeni młodym winem, będziemy tańczyć na ulicach, wijąc wieńce na głowy?    &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyznaję, byłem naiwny licząc, że trauma po smoleńskiej katastrofie wymusi w naszym życiu politycznym jakościową zmianę. Wierzyłem, iż politycy zrozumieją, że ograniczanie aktywności politycznej wyłącznie do sfery obietnic i public relations jest w swojej istocie dewastowaniem tkanki społecznej, a tym samym, zamiast ścigać się na piękniej ułożone frazy podejmą merytoryczną debatę o problemach. Dziś już wiem, że ostatnich 10 dni kampanii nie wniesie niczego nowego – do końca będziemy słuchać unisono głosów, że będzie pięknie. Nie ułatwi to bynajmniej dokonania świadomego wyboru. Na szczęście z tego chóru wiarygodnie wyłamuje się głos jednego kandydata. Gorąco zachęcam, aby go usłyszeć.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-3876389196067187916?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/3876389196067187916/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=3876389196067187916' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/3876389196067187916'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/3876389196067187916'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/06/wespo-w-zespo.html' title='Wespół w zespół'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-8314997159630066848</id><published>2010-04-23T09:51:00.002+02:00</published><updated>2010-04-23T09:55:00.543+02:00</updated><title type='text'>Obywatele 2.0</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Emocje związane z pogrzebem prezydenckiej pary powoli  opadają. Wciąż chowane są kolejne ofiary katastrofy, co w jakimś  stopniu przyczynia się także do stosunkowo spokojnej atmosfery, ale nikt  chyba nie ma wątpliwości, że to cisza przed burzą. Przygrywkę mieliśmy  już w pierwszych dniach po wypadku pod Smoleńskiem. Nie zdążyły jeszcze  wyschnąć ślady po łzach na policzkach Polaków przejętych tym  wydarzeniem, a już w poprzek społeczeństwa wyrósł nowy mur, dzielący  zwolenników i przeciwników pochówku prezydenckiej pary na Wawelu. Na  Facebooku rosły w liczbę fanów strony „NIE dla pochowania Kaczyńskich na  Wawelu” i „TAK dla pochowania Kaczyńskich na Wawelu”, a młodzi ludzie  urządzili w kilku miastach demonstracje pod hasłami „odesłania”  Prezydenta na Powązki. Można by te wydarzenia potraktować jako przejaw  aktywności społecznej, gdyby nie fakt, że pod maską pozornej  obywatelskości niosą one dość gorzką prawdę o stanie polskiej  demokracji. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spośród  wypowiedzi różnych manifestantów spod Wawelu moją uwagę szczególnie  przykuła jedna. Młody chłopak, zapytany przez reportera dlaczego  przyszedł, odparł: „Chciałem zaprotestować przeciwko temu, żeby leżał na  Wawelu. Lepsza byłaby Warszawa, na przykład katedra świętego… Andrzeja,  tak?”. Dopytywany, dlaczego Prezydent miałby tam nie leżeć,  odpowiedział, że nie zasłużył. Pytany dalej, z jakich względów tak  uważa, stwierdził jedynie krótko: „Bo tak”. Argumenty się skończyły,  pewność pozostała. Praktycznie wszyscy dziennikarze w swoich relacjach  podkreślali potem, że protesty zostały zwołane głównie przez portale  społecznościowe. Sądzę, że właśnie ten aspekt sprawy jest  najistotniejszym kluczem do zrozumienia postawy młodego demonstranta i  wielu jemu podobnych obywateli doby Web 2.0.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Internet, jako narzędzie, wydaje się być idealną  przestrzenią do prowadzenia wolnej debaty. Nieskrępowany przepływ myśli i  łatwość w dotarciu do odbiorcy dodają mu specyficznej atrakcyjności.  Paradoksalnie jednak bardzo często debatę tę zubaża, lub nawet  uniemożliwia. Z różnych badań dotyczących tego medium wynika przede  wszystkim jego powierzchowność. Przeciętny, szczególnie młody użytkownik  Internetu nie zagłębia się w szczegółowe analizy. Jeśli komunikat, to  krótki – pięć, sześć zdań, do tego jakiś filmik, może śmieszny obrazek.  Teksty dłuższe są nudne i niezrozumiałe. Wartość informacji polega na  jej zwięzłości. Tu jednak rodzi się zasadnicze pytanie – czy w kilkuset  znakach da się realnie przekazać jakąkolwiek merytoryczną treść?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Praktyka działania portali  społecznościowych, ale także wielu innych internetowych „miejsc”  pokazuje, że jest to bardzo trudne. W sytuacji, gdy na przekazanie  własnej opinii ma się raptem kilka linijek, nie ma możliwości  prowadzenia dyskusji, czy wymieniania argumentów. Można być tylko „za”  albo „przeciw”. I to nawet nie na zasadzie „tak, ale...”, czy „nie,  jednak...”. Po prostu – jesteś z nami, lub przeciw nam. Do tego, by  przyłączyć się na Facebooku na przykład do grupy „NIE dla homoseksualnej  Parady Równości w Warszawie”, wystarczy kliknąć „Dołącz”. Potem już  każdy użytkownik to widzi i wszystko jest jasne. Nie ma miejsca na  wyjaśnienie dlaczego i skąd takie stanowisko. Nie ma możliwości  przekazania własnych i wysłuchania cudzych argumentów. Nie ma nawet  przestrzeni do zmiany swojego zdania, bo ktoś nas przekona do innego  spojrzenia. Nie ma płaszczyzny jakiegokolwiek porozumienia – są tylko  jasno okopane opcje, z jednoznacznie zdefiniowanymi stanowiskami. Tego  typu etykietowanie jest zapewne pewnym ułatwieniem, gdy na co dzień  zmuszeni jesteśmy orientować się w wielu informacjach, w gruncie rzeczy  jednak niszczy nie tylko umiejętność wyrażania własnych poglądów i  odpowiadania na argumenty oponentów, ale, co gorsza, niemal zupełnie  odbiera zdolność do rozumowania. Poglądy, które z natury rzeczy są  zbiorem pewnych opinii i ocen, zastępowane są stanowiskami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Problem dodatkowo komplikują  dwie kwestie. Pierwsza, to ułomność samego narzędzia, jakim jest  Internet. Dość powszechnie wiadomo dziś, że w komunikacji to wcale nie  wypowiadane słowa odgrywają podstawową rolę - ważne są także gest,  intonacja, mimika. Komunikacja w sieci, siłą rzeczy odhumanizowuje się w  tym zakresie. Zdanie, wypowiedziane w zwykłej rozmowie, może mieć  wydźwięk radosny, zabawny, sarkastyczny, albo groźny, w zależności od  intencji wypowiadającego. To samo zdanie, przeczytane na monitorze  komputera, będzie miało taki charakter, jaki nada mu czytający. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugim utrudnieniem jest rola  mediów i niektórych przynajmniej celebrytów. Te pierwsze w ostatnich  latach, co trzeba stwierdzić z żalem, sprowadziły dyskusje do poziomu  pyskówek. Poza jednostkowymi wyjątkami ciężko dziś w medialnej  przestrzeni znaleźć miejsce merytorycznej debaty i rzeczowej analizy,  które nie tylko dawałyby odbiorcom pojęcie o otaczającym ich świecie,  ale także umożliwiałby przyglądanie się temu, jak można i należy ze sobą  rozmawiać. Dominuje wzajemne podjudzanie i prowokowanie stron różnych  sporów – to wywołuje emocje, a emocje podnoszą oglądalność. Nie oczekuje  się więc ocen wyważonych i głębokich, bo lepsze są szybkie i  kontrowersyjne. Medialne uproszczenia w jakimś sensie wspierane są przez  publiczne wypowiedzi celebrytów, którzy z manifestowania własnej  kontestacji i negowania autorytetów ukuli sobie oręż do prowadzenia  walki o fanów. Jest to oczywiście strategia bardzo skuteczna,  szczególnie w odniesieniu do ludzi młodych, naturalnie nastawionych na  opór wobec starszego pokolenia. Czym innym jednak jest „wojna pokoleń”,  prowadzona w oparciu o jakiekolwiek argumenty (choćby i te najgłupsze), a  czym innym stwierdzenie, że wszystko i wszystkich ma się w najgłębszym  poważaniu i nie będzie się przejmować niczyimi opiniami.  Jeśli uczy się  młodych ludzi – a celebryci są w jakieś formie nauczycielami –  podejścia do życia w myśl hasła „Moje zdanie jest najlepsze, bo jest  moje. Kropka”, nie ma się co dziwić, że później zachowują się zgodnie z  nim. A jedno, czy dwa emocjonalnie zaangażowane oświadczenia gwiazd w  związku z żałobą narodową nie zmienią tego, co nabudowywało się przez  lata. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na takich  fundamentach swoje przekonania polityczne i społeczne budują młodzi  obywatele. Światopogląd większości z nich ma jakość mikroblogowego  wpisu. Mało jest w nim treści, za to sporo emocji. To właśnie te emocje  należy komunikować światu. I jeszcze dobrze, żeby było kontrowersyjnie i  pod prąd. Właściwie nie umieją powiedzieć, dlaczego są przeciw krzyżom w  szkołach i urzędach, ale wiedza, że są. Nie do końca rozumieją o co  chodzi w problemie pedofilii, ale wiedzą, że Kościół jest zły. Chcą  wyrzucać z Warszawy tych, którym się ona nie podoba. Jedyna, co naprawdę  umieją, to wyszydzanie przekonań innych – zazwyczaj w myśli walki z  ideowym talibanatem. Co inteligentniejsi, dopytani mocniej, skąd takie  przekonania, rzucają kilka zasłyszanych w telewizji lub przeczytanych na  forach haseł, jeśli jednak spróbuje się wejść głębiej w temat, nie maja  już nic do powiedzenia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ograniczanie  społeczno-politycznej aktywności do „Rzeczypospolitej społecznościowej”  nie sprzyja budowaniu wartości i postaw, które są podstawą  jakiegokolwiek wychowania. Wychowanie do życia społecznego (nie  społecznościowego), do podejmowania wyborów i przyjmowania  odpowiedzialności za wspólnotę, wymaga nie tylko kształtowania u  obywateli umiejętności dyskutowania i argumentowania, ale przede  wszystkim zdolności analitycznych i krytycznego światopoglądu. Bez tego  nie będą w stanie porównywać i oceniać propozycji światopoglądowych  różnych grup. Tymczasem sprowadzenie de facto debaty publicznej do  opublikowania kilku banalnych sloganów na którymś z portali sprawia, że  obywatel, zamiast dokonywać świadomych wyborów, podejmuje decyzje tak,  jak przy sklepowej półce. Niewielu jest klientów, którzy robiąc zakupy  uważnie czytają etykiety na produktach. Zdecydowana większość kieruje  się nie rozumem, a skojarzeniami i emocjami. Z tej perspektywy fakt,  debata publiczna jest coraz częściej zastępowana banalnym marketingiem  nie tylko przestaje dziwić, ale wręcz wydaje się być naturalną  konsekwencją. O ile jednak w sytuacji, gdy trzy razy kupiliśmy suszarkę,  która nie spełniła naszych oczekiwań, przed kolejnym zakupem  spróbujemy  lepiej przyjrzeć się rynkowej ofercie, porównać parametry i  wybrać produkt, który da gwarancje jakości, o tyle zanalizowanie  poglądów np. partii czy organizacji społecznej nie jest już takie  proste. Programy ideowe są bowiem z reguły nieco bardziej skomplikowane,  niż opisy urządzeń elektrycznych. Nie dając z kolei młodym ludziom  takich umiejętności dzisiaj, sami podcinamy gałąź, na której oni będą  siedzieć w kolejnych latach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Możliwość posiadania takich czy innych poglądów jest  absolutną podwaliną demokracji. Podobnie prawo do ich głoszenia. Co  jednak zostałoby z powyższego artykułu, gdyby ktoś zechciał go  „wepchnąć” do Twitterowego wpisu? Jeśli jednak nie zadba się o to, aby  za wyrażanymi opiniami stało coś więcej, niż tylko parę haseł, bardzo  szybko doprowadzi się do powstania demokratycznej wydmuszki, która co  prawda ma jakąś fasadę, ale w jej środku panuje pustka. Nawet najlepsze  portale internetowe nie zastąpią rzeczowej dyskusji, a panujące na nich  emocje mają wątpliwą jakość, jeśli nie odnoszą się do merytorycznej  debaty. Życie pokazuje, że bardzo często tak nie jest. Może warto o tym  wszystkim pamiętać, zanim kolejne grupy „za” i „przeciw” zaczną budować  wznosić nowe, pseudoideologiczne mury.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-8314997159630066848?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/8314997159630066848/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=8314997159630066848' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/8314997159630066848'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/8314997159630066848'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/04/obywatele-20.html' title='Obywatele 2.0'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-4874111053410676828</id><published>2010-04-15T23:24:00.002+02:00</published><updated>2010-04-16T00:17:10.581+02:00</updated><title type='text'>Kolejka jest głośniejsza</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Byłem dziś, kolejny już raz, pod pałacem prezydenckim. Mimo tego, że od wypadku minęło ponad pięć dni, tłum na Krakowskim Przedmieściu wcale nie rzednie. Jednak najbardziej wzruszająca jest kolejka ludzi czekających na wejście do pałacu, która wije się, kilkukrotnie zawracając, aż pod kolumnę Zygmunta i z powrotem pod pałac. Tysiące ludzi, którzy przyjechali z różnych, czasem bardzo odległych stron Polski po to, żeby po kilkunastu godzinach oczekiwania wejść na kilkanaście sekund do Sali Kolumnowej i oddać hołd zmarłemu Prezydentowi i jego żonie. Młodzi i starzy, dobrze ubrani i wyraźnie ubodzy - wszyscy stoją, albo siedzą, cierpliwie i bez sporów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy tak szedłem między nimi - stojącymi, siedzącymi na składanych krzesełkach, pijącymi herbatę z termosów - przyszło mi do głowy inne grono. Ci, którzy protestują przeciwko pochowaniu prezydenckiej pary na Wawelu. I nie mam  na myśli tych ponad czterdziestu tysięcy osób, które dołączyły do grupy sprzeciwu na Facebooku, bo to akurat zjawisko uważam za ruch bardzo zbliżony w swoim charakterze do wielkiej akcji rozdawania kubków Maxwella. I tam, i tu ilość fanów rosła w tempie kwadratowym, i tam, i tu miało to przede wszystkim charakter mody i lansu, i tamto, i to skończy się równie szybko, jak zaczęło, nie wnosząc do rzeczywistości niczego istotnego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomyślałem o tych kilkusetosobowych grupkach, które protestowały ostatnio w kilku polskich miastach, dzielnie wspierane przez "Gazetę Wyborczą". Jakże różnią się te dwa obrazy. Nie chcę bynajmniej tworzyć polaryzacji "dobrzy kolejkowicze" kontra "źli protestanci", bo wolę zakłożyć, że i w jednej i drugiej grupie są ludzie, Polacy, którym na czymś zależy. To, co mnie uderzyło, to tylko prosty fakt, jak niewiele od człowieka wymaga wyjście na godzinkę na ulicę, żeby wspólnie z kolegami powznosić kontrowersyjne hasła, za to jak wiele trzeba mieć w sobie pokory i szacunku, aby spędzając całą noc pod gołym niebem oczekiwać na krótki moment przejścia wzdłuż dwóch trumien.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To właśnie to ludzkie poświęcenie, tak mało sensowne z "racjonalnego" i "zdroworozsądkowego" punktu widzenia, a nie medialne pokrzykiwania o dzielącym nas Wawelu, jest dla mnie wyznacznikiem tego, co się dzisiaj w Polsce dzieje. Szmery rozmów w tej kolejce, choć tak ciche, brzmią głośniej, niż okrzyki demonstrantów.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-4874111053410676828?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/4874111053410676828/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=4874111053410676828' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/4874111053410676828'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/4874111053410676828'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/04/kolejka-jest-gosniejsza.html' title='Kolejka jest głośniejsza'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-6870487941234658526</id><published>2010-04-11T20:15:00.002+02:00</published><updated>2010-04-11T22:14:34.332+02:00</updated><title type='text'>Głowa Polaków</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Tysiące ludzi na trasie przejazdu konduktu żałobnego. Na Krakowskim Przedmieściu, pod pałacem prezydenckim, "dywan" ze zniczy tak duży, że utrudnia przechodzenie. Biało-czerwone flagi z kirami umieszczone w oknach i zastępujące zdjęcia użytkowników na portalach społecznościowych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skąd to wszystko? Chyba nie z powodu powszechnego uwielbienia dla ś.p. Lecha Kaczyńskiego. Za życia zbyt często był krytykowany, zbywany milczeniem, czy wręcz wyśmiewany - przed czym nie chroniła go nawet powaga urzędu - by teraz dało się to wytłumaczyć prostym przywiązaniem. Dziś, co prawda, nie określa się go inaczej, niż "mąż stanu" i "wspaniały człowiek", tym niemniej klucza do wyjaśnienia reakcji Polaków raczej nie da się upatrywać w osobistych preferencjach konkretnych osób, czy nawet grup.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Komentujący, w swoich wypowiedziach, skupiają się głównie na tym, jak smoleńska tragedia może dla nas, Polaków, zaowocować. Jak krew męczenników jest posiewem chrześcijan, tak i te śmierci, jeśli nie mają być jedynie bezsensownym wypadkiem, powinny, w generalnym przekonaniu, przynieść jakąś zmianę. Może będą to bliższe relacje z Rosją, może mniej idiotycznych sporów w polskiej polityce, może świat usłyszy o Katyniu i lepiej zrozumie nasze losy. Ja jednak w kwietniowym dramacie upatruję nadziei na &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;jeszcze jedną zmianę.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mieliśmy w III RP szczęścia do Prezydentów, którzy budowaliby w narodzie poczucie autorytetu i szacunku do tego urzędu. Składały się na to różne wydarzenia - w obliczu tragedii spuśćmy na nie zasłonę miłosierdzia. Także i media niemało zrobiły, aby tzw. statystyczny Kowalski niespecjalnie miał poczucie, że Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest ojcem Narodu. I nie tyle nawet przez wzgląd na takie, czy inne cechy osobiste, ale na skutek tego, że reprezentuje wszystkich obywateli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy pięć lat temu tłumy na ulicach żegnały Jana Pawła II nikt z komentujących nie miał wątpliwości, że jest to wyraz smutku po utracie Ojca. Obserwując przez ostatnich kilkadziesiąt godzin zachowanie Polaków, zaczynam powoli wierzyć, że - jakże paradoksalnie - koniec prezydentury Lecha Kaczyńskiego może stać się początkiem nowej, wspólnej społecznej świadomości, kim dla nas, obywateli, jest ten, kto ma "niezłomnie strzec godności Narodu". Że w końcu, bez względu na bieżące polityczne preferencje, wszyscy będziemy rozumieć, że są fundamenty, które trzeba szanować, ze względu na szacunek do Rzeczypospolitej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziękuję, Panie Prezydencie!&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-6870487941234658526?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/6870487941234658526/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=6870487941234658526' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6870487941234658526'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6870487941234658526'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/04/gowa-polakow.html' title='Głowa Polaków'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-5292322106369300415</id><published>2010-04-06T15:55:00.002+02:00</published><updated>2010-04-06T15:58:18.266+02:00</updated><title type='text'>Niemyte uszy Magdaleny</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W swoim &lt;a href="http://wiadomosci.wp.pl/kat,1371,title,Glos-Kosciola-brzmi-dosc-falszywie,wid,12141253,felieton.html?ticaid=19f0b"&gt;najnowszym felietonie &lt;/a&gt;dla portalu Wirtualna Polska Magdalena Środa pisze, że w głos Kościoła, brzmiący w jej uszach podczas Wielkanocy, rozległ się fałszywie. Myślę, jednak, że problem wcale nie leży w tym, że wypowiedzi hierarchów mają w sobie coś niewłaściwego, ale w tym, że pani profesor nie umyła uszu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie pierwszy zresztą raz.     Gdyby Magdalena Środa wsłuchała się nieco bardziej w treść wielkanocnych czytań, zamiast skupiać się tendencyjnej analizie kazań, bez wątpienia znalazłaby tam odpowiedź na wiele swoich problemów. Zamiast tego woli jednak, z typową dla siebie dufnością, pouczać biskupów co do tego, jak powinni mówić, a nawet interpretować Pismo Święte (wykładając nieomal, co we współczesnym świecie należy oddawać cesarzowi, a co Bogu).    &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czytając felieton pani profesor nie mogłem pozbyć się poczucia zażenowania, jakie zawsze towarzyszy sytuacji, gdy człowiek, z było nie było akademickim tytułem, zdaje się zupełnie nie rozumieć, co się do niego mówi. Czy naprawdę tak trudno jest pojąć prostą prawdę, że dla ludzi, którzy przez cały tydzień pracują, niedziela jest jedynym dniem, w którym można się zatrzymać? I że poświęcając ten czas na sprawy inne, chociażby na robienie zakupów, nie będzie się go przeznaczać na rozmowę ze swoją rodziną? Przecież do tego nie trzeba wielkich badań – każdy, kto próbował kiedykolwiek porozmawiać z inną osobą na ważny dla siebie temat, wie, że nie da się tego zrobić w przymierzalni, albo w kolejce po kiełbasę. Pani profesor jest przecież naukowcem, powinna więc rozumieć, że tezy, które się głosi, powinny być poparte, choćby markowaną, próbą ich weryfikacji.   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy okazji – domyślam się, że skoro w opinii Magdaleny Środy, katolicki (a więc, upraszczając, opierający się na jasno zdefiniowanych poglądach) hierarcha nie może zachęcać swoich wiernych do głosowania na osoby, które będą dbało tę katolickość (a więc zestaw określonych wartości i postaw) w życiu publicznym, podobnie luminarze tęczowo-feministycznych (a więc również opierający się pewnych, sprecyzowanych założeniach ideowych) ruchów, nie będą nikogo przekonywali do głosowania na osoby o bliskim im systemie wartości?    &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Magdalena Środa uważa, że „chodzenie do Kościoła do refleksji egzystencjalnych specjalnie nie zachęca”. Rozumiem, że jeśli chodzi się tam tylko po to, żeby z uporem maniaczki szukać dziury w całym, to pewnie faktycznie ciężko jest spotkać się z Bogiem. Zachęcam jednak, aby przekraczając następnym razem próg świątyni, spróbowała, szczególnie w okresie Triduum Paschalnego, „obmyć się wszelkich brudów grzechu, odrodzić się z wody i z Ducha Świętego do nowego życia dziecka Bożego”. Szczególną uwagę warto poświęcić uszom.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-5292322106369300415?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/5292322106369300415/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=5292322106369300415' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/5292322106369300415'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/5292322106369300415'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/04/niemyte-uszy-magdaleny.html' title='Niemyte uszy Magdaleny'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-7950652237743581985</id><published>2010-03-08T11:49:00.004+01:00</published><updated>2010-03-08T16:25:34.260+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='społeczeństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='manifa'/><title type='text'>Na kobiecych grzebietach</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Do Dnia Kobiet można podchodzić rożnie. Jedni (jedne) szczerze go nie znoszą, traktując go jako kwiatek do kożucha noszonego przez mężczyzn, którzy przez pozostałe 364 dni roku niespecjalnie się kobietami przejmują. Inni (inne) są jego zwolennikami, argumentując, że to miły zwyczaj, który z jednej strony przypomina o wyjątkowości kobiety, a z drugiej jest "pamiątką" ich zwycięskiej walki o zrównanie w prawach. Osobiście mam poczucie, że w sumie na jedno wychodzi, bowiem u fundamentu jednej, jak i drugiej opcji leży troska o to, aby kobiety otaczać autentyczną troską - czy to w codziennym życiu, czy na płaszczyźnie społecznej, czy wreszcie w przestrzeni politycznej. Wychodzę bowiem z mało feministycznego założenia, że będąc przedstawicielem silniejszej (fizycznie) płci, powinienem starać się płci słabszej (choć piękniejszej) życie ułatwiać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tę dbałość o los kobiet można wyrażać publicznie. Za przykład takiego działania można by było uznać Manifę, czyli &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;organizowany głównie przez Porozumienie Kobiet 8. Marca &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;pochód,&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; przechodzący warszawskimi ulicami&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;. Jest to zjawisko samo w sobie dość ciekawe i inspirujące, udowadniające - chyba nieco wbrew intencjom organizatorów - że Polska jest krajem, gdzie swoje opinie można wyrażać w sposób wolny, bez gorszenia kogokolwiek. Obawiam się jednak, że szczytna skądinąd idea marszu od co najmniej kilku dobrych lat jest szpetnie wykorzystywana do walki o społeczną modernizację, która z prawami kobiet za wiele wspólnego nie ma.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piszę tak, bo się wczytałem w &lt;a href="http://porozumieniekobiet.home.pl/"&gt;postulaty&lt;/a&gt;&lt;a href="http://porozumieniekobiet.home.pl/"&gt; tegorocznej Manify&lt;/a&gt;, przygotowane przez organizatorki. Łącznie jest ich czternaście. Pod niektórymi (np. urlopy ojcowskie, ściąganie alimentów, kwestie emerytalne) podpisuję się obiema rękami. Istnieją co prawda programy bardziej nastawione na realne działania, niż na uliczne aktywności (ot, choćby "&lt;a href="http://www.mamawpracy.pl/"&gt;Mama w pracy&lt;/a&gt;"), ale niech tam, czasem może trzeba pokrzyczeć. Z innymi (edukacja seksualna, aborcja na życzenie, in vitro) nie zgadzam się w zupełności, przede wszystkim ideowo, niemniej jednak jestem w stanie zrozumieć, że pojawiają się na transparentach podczas akcji dotyczącej kwestii kobiecej. Bo choć nie są zgodne z moim światopoglądem, to są zgodne z merytoryką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za diabła jednak nie umiem wyinterpretować, co w tym zestawie robią takie tematy jak żądania godziwej opieki nad chorymi, zaprzestania masowych zwolnień,  czy obniżania i niewypłacania pensji pod pretekstem kryzysu? Przecież one są tak samo kobiece, jak i męskie. Czy uczestniczki naprawdę są przekonane, że mężczyzn w Polsce nie zwalnia się z pracy? Więc może nie chodzi tu już o sprawy kobiece, ale o ogólnie lewicowe interesy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Umacniają mnie w tym przekonaniu dwa hasła, które aż zacytuję w całości: "Żądamy stworzenia formalnych zabezpieczeń finansowych i prawa dziedziczenia dla par jednopłciowych" oraz "Żądamy respektowania świeckości państwa i zakazu finansowania przez państwo związków wyznaniowych". Konia z rzędem temu, kto mi wyjaśni, w jaki sposób zrównywanie wobec prawa związku cywilnego dwóch panów i normalnego małżeństwa jest działaniem w interesie kobiet? &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wychodzi więc na to, że z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet panowie geje i panowie lewicowi aktywiści postanowili na kobiece grzbiety, jak na jakieś juczne muły, włożyć swoje własne hasła, przy okazji ze święta kobiet robiąc święto lewicowego światopoglądu. Rozumiem, że na zasadzie "skoro już i tak idą z transparentami, to niech potargają i nasze" - na przykład ZNP, w którego władzach najwyższych notabene są sami mężczyźni? Doprawdy, bardzo to rycerskie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drogie Panie - i te, które w Manifie uczestniczyły, i te, którym w tym czasie po drodze było gdzie indziej! Uważajcie! Ktoś Wam chce bezczelnie zawłaszczyć Wasz piękny sztandar. Nie dajcie się oszukać!&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-7950652237743581985?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/7950652237743581985/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=7950652237743581985' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/7950652237743581985'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/7950652237743581985'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/03/na-kobiecych-grzebietach.html' title='Na kobiecych grzebietach'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-8642862598333223971</id><published>2010-02-18T16:55:00.003+01:00</published><updated>2010-02-19T00:02:26.525+01:00</updated><title type='text'>Jak posłanka Jaruga prostytutki ratowała</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jak &lt;a href="http://www.rp.pl/artykul/16,435772_Kobiety_beda_mogly_pracowac_na_przodku.html"&gt;podała "Rzeczpospolita&lt;/a&gt;", sejmowe komisje Spraw Zagranicznych i Polityki Społecznej zdecydowały o wycofaniu zapisu Europejskiej Karty Społecznej Rady Europy zakazującego pracy kobiet w kopalni.  Teraz projekt ustawy trafi na posiedzenie Izby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie ma co gadać, to niewątpliwie jedna z najdonioślejszych zdobyczy socjalnych w Polsce. Wszyscy przecież pamiętamy te tłumy zdesperowanych kobiet, które szturmowały bramy kopalń, okupowały gabinety prezesów, a nawet blokowały Warszawę, tylko po to, aby pozwolono im pracować na przodku. Dla nich wszystkich mamy więc dobrą wiadomość - od dziś Wasze postulaty będą mogły być spełnione! Wszystko to, dzięki zabiegom lewicy uparcie, jakby nie było, walczącej o socjalne zabezpieczenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Absolutnie jednak bezkonkurencyjna w tym temacie jest posłanka Jaruga-Nowacka (SLD), która mogłaby kandydować do tytułu arcymistrzyni w wyciąganiu wniosków. Otóż donosi ona: "Kobiety mówiły mi często, że wolałyby pracować w kopalni, niż utrzymywać się z żebractwa lub prostytucji." Co tu kryć, gdyby mnie ktoś zapytał, czy wolałbym pracować w kopalni, czy się prostytuować, to bez większych wątpliwości odpowiedziałbym tak samo. Podobnie zresztą w sytuacji, gdyby zapytano mnie, czy wolę za swoją pracę dostawać miesięcznie 500 czy 300 złotych, wolałbym dostawać 500. Ale czy z tego od razu wynika, że należy w Monitorze Polskim ogłosić obniżenie poziomu minimalnego wynagrodzenia za pracę? Zdaniem posłanki Jarugi wyraźnie tak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nowy przepis (o ile w ogóle przejdzie w Sejmie) jest oczywiście co najwyżej zabawny, głównie dlatego, że będzie prawdopodobnie zupełnie martwy. Mógłby mi tym samym nie przeszkadzać, gdyby nie fakt, że wolałbym, aby opłacani z mojej kieszeni posłowie (i eurourzędnicy) zajmowali się jednak sprawami poważniejszymi i pożyteczniejszymi społecznie. I nawet dałbym się przekonać do tego pomysłu, gdybym miał pewność, że dzięki możliwości pracy w kopalniach jakieś prostytutki faktycznie przestaną parać się swoją profesją. Problem w tym, że posłanka Jaruga dała poznać się jako zwolenniczka pełnej legalizacji nierządu. Domyślam się, że w ramach obrony przed dyskryminacją, jaką jest nadmiar ochrony.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-8642862598333223971?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/8642862598333223971/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=8642862598333223971' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/8642862598333223971'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/8642862598333223971'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/02/jak-posanka-jaruga-prostytutki-ratowaa.html' title='Jak posłanka Jaruga prostytutki ratowała'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-4113617347470206279</id><published>2010-02-17T00:11:00.004+01:00</published><updated>2010-02-17T01:54:48.531+01:00</updated><title type='text'>Viva in Concilio!</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Z pewnym opóźnieniem, wiedziony &lt;a href="http://tygodnik.onet.pl/1,41132,druk.html"&gt;tekstem&lt;/a&gt; ks. Prusaka z ostatniego Tygodnika Powszechnego, wszedłem na stronę &lt;a href="http://vivailconcilio.it/"&gt;"Niech żyje Sobór"&lt;/a&gt;. Jak deklarują jej twórcy, ma ona za zadanie "promocję Soboru Watykańskiego II, szczególnie wśród młodego pokolenia, w momencie, gdy niektórzy chcą go zakwestionować".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie będę tu analizował zawartości strony - kto ciekawy, niech zajrzy. Na pewno dobrze, że w sieci pojawiło się kolejne miejsce, gdzie zebrane w całość są soborowe dokumenty, dodatkowo poszerzone o analizy teologiczne i kilka innych tekstów (choć książki o.  Ralpha Wiltgena SVD &lt;a href="http://www.amazon.co.uk/Rhine-Flows-into-Tiber-History/dp/0895551861"&gt;"Ren wpada do Tybru"&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;w bibliografii &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;jednakowoż nie znalazłem). Rodzi się, co prawda, pytanie, czy takie zestawienie było potrzebne - ale skoro już jest, to raczej dobrze, niż źle. Niewątpliwą zaletą jest za to zbiór zdjęć z Soboru - części z nich nigdy nie widziałem. Szczególnie osobliwej urody są te, pokazujące papieża niesionego na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;sedia gestatoria&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawsze jest jednak co innego. Na pierwszej stronie odwiedzających wita &lt;a href="http://vivailconcilio.it/images/website/immagini/immagine-concilio.jpg"&gt;obrazek&lt;/a&gt; autorstwa Lello Scorzellego (tego od pastorału Jana Pawła II).  Rozumiem, że w założeniu ma on przedstawiać Sobór, choć Bogiem a prawdą nie jestem pewien, czy bez kontekstu domyśliłbym się, że o to właśnie w nim chodzi. Moje pierwsze skojarzenie brzmiało raczej "bohomaz", a drugie, zaraz potem "chaos". Wartość tego obrazka zasadza się jednak na czym innym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wpatrując się w niego, pomyślałem - z lekkim rozbawieniem, że oto autorom strony, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;niechcący chyba, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;wyszło zupełnie niezłe podsumowanie całego tematu kontrowersji wokół Soboru i jego recepcji. Bo choć z jednej strony serwis zawiera sporo &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;niewątpliwie wartościowych &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;materiałów, to jednak jego "markę" buduje - mniej czy bardziej udana - artystyczna ekspresja (skądinąd zastanawiająco &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;korespondująca z&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; nieco kuriozalną tezą ks. Prusaka, z przytaczanego artykułu, jakoby&lt;span style="font-style: italic;"&gt;„soborowy bezład” był stwórczy, bo wyraża się w nim powiew tego samego Ducha&lt;/span&gt;).&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; Podobnie jest też z samym nauczaniem SVII - z jednej strony wiele głębokich i mądrych wskazań i zaleceń, a z drugiej "marka" ducha Soboru i wypływające z niego praktyczne rozwiązania, czasem przecież dokładnie przeciwne soborowej literze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inicjatywie uruchomienia serwisu patronują m.in. kardynałowie Carlo Maria Martini i Roberto Tucci, co - zważywszy na prezentowane przez nich wcześniej postawy (pierwszy m.in. &lt;a href="http://www.fronda.pl/news/czytaj/nastepny_sobor_bedzie_dotyczyl_rozwodnikow"&gt;krytykował &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dominus Jesus&lt;/span&gt; i dopuszczał używanie prezerwatyw&lt;/a&gt;, drugi &lt;a href="http://www.radiovaticana.org/pol/Articolo.asp?c=315842"&gt;publicznie komplementował de Lubaca&lt;/a&gt;) - pogłębia tylko przekonanie, że celem całej inicjatywy nie jest wcale promocja Soboru, ale określonych pomysłów na jego interpretację. Wygląda na to, że środowiska, które do niedawne głosiły nieomal, że Kościół Katolicki zaczął się na nowo w 1965 roku, nadal chcą wspierać własne pomysły hasłami obrony dziedzictwa Vaticanum Secundum przed zakusami rewizjonistów, dogmatyków i wsteczników. Przy okazji jednak ignorują fakt, że w gronie tych ostatnich znalazł się sam Benedykt XVI, coraz mocniej akcentujący konieczność przeprowadzenia "reformy reformy". &lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;i&gt;Ignorantia facti non excusat.&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="lead"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-4113617347470206279?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/4113617347470206279/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=4113617347470206279' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/4113617347470206279'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/4113617347470206279'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/02/viva-in-concilio.html' title='Viva in Concilio!'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-5154461379120796388</id><published>2010-02-03T16:06:00.005+01:00</published><updated>2010-02-04T10:33:06.370+01:00</updated><title type='text'>Zagadka Magdaleny Środy</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Magdalena Środa nieodmiennie kojarzy mi się z historią pewnego księdza, który zawsze i wyłącznie mówił kazania o sakramencie spowiedzi. Pewnego razu, na uroczystość św. Józefa, proboszcz powiedział mu, żeby ten jeden, jedyny raz powiedział o czymś innym. "Św. Józef - patron robotników i ekonomistów, cieśla, ojciec.. Powiedzże coś o tym". Ksiądz zgodził się posłusznie, a gdy nadszedł moment homilii wyszedł na ambonę i zaczął: "Kochani, dziś mamy uroczystość św. Józefa. Jak wiemy, był on cieślą. Cieśla pracuje w drewnie. Z drewna robi się też konfesjonały. Rozważmy więc, jak ważny jest w naszym życiu sakrament spowiedzi". Rzucając okiem na jej najnowszy tekst &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; (&lt;a href="http://wyborcza.pl/1,75968,7520990,Budzet_ma_plec.html"&gt;Gazeta Wyborcza, 03.02.2010, "Budżet ma płeć"&lt;/a&gt;) &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;nie spodziewałem się więc wielkich rewelacji, wychodząc z założenia, że o czymkolwiek by nie mówiła, w niezbadany dla zwykłych ludzi sposób i tak zapewne dojdzie do tematu płci. To znaczy nie tyle samej płci, co bardziej społecznych nierówności na tym polu. Niesprawiedliwość się bowiem pleni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Faktem jest, że co do samej tematyki się nie pomyliłem. Ale zaskoczenie, jakie mnie spotkało, warte jest zachwytu. Tym razem w swoim felietonie znana profesorka donosi o krzywdzie, jaka dzieje się w polskich wsiach i miasteczkach. Otóż rząd, w ramach realizacji programu budowy "Orlików", dyskryminuje społeczeństwo. Jak? "Nie rozumiem, dlaczego wspólne pieniądze wydaje się na inwestycje, z których korzystają niemal wyłącznie mężczyźni i chłopcy, i to wyłącznie latem." - pisze autorka. W dalszej części podpowiada zaś, jak rozwiązać ten dylemat.  "Może warto zorganizować sieć świetlic (...), dofinansowywać programy integracyjne, skrupulatnie przyglądając się, na kogo skierowany jest ten niewielki strumień gminnych (a często europejskich) pieniędzy. Bo Polska to nie tylko chłopaki, co lubią grać w piłkę (...)".&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;No cóż, co tu dużo gadać - postulat jest całkiem słuszny. Chłopcy mają inne potrzeby, niż ich koleżanki, to fakt. Warto go respektować przy budowaniu programów społecznych. Rzecz jednak nie w tym, co zostało powiedziane, ale z czyich ust padły te słowa. Otóż wychodzi na to, że autorka felietonu diametralnie zmieniła swoje postrzeganie społeczeństwa i narzędzi jego "regulacji".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dawna Magdalena Środa, nie użalałaby się nad losem błąkających się po obrzeżach boiska dziewczynek, za to natychmiast zażądałaby ustawowego obowiązku udostępniania połowy miejsc w każdym lokalnym SKS-ie dziewczętom. I &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;parytetów w dostępie do boisk. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;A&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; jeśli nie do samych boisk, to przynajmniej &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;na listach osób uprawnionych do korzystania z nich. Nie może być tak, że piłka jest tylko dla chłopaków. Tymczasem czytam i oczom nie wierzę:  "W Unii Europejskiej w ramach szeroko podjętych działań równego traktowania kobiet i mężczyzn (...) promuje się takie planowanie budżetu, by wydatki w równym stopniu zaspokajały potrzeby kobiet i mężczyzn, dziewcząt i chłopców. W Polsce mówi się, że dziewczynki też mogą pograć w piłkę. Pewno, że mogą, tak jak chłopcy mogą zająć się pracą domową czy chodzić na fitness." Więc jednak dziewczynki i chłopcy (ergo kobiety i mężczyźni) są inni? I mają inne pola realizacji swoich aspiracji? Ale jednocześnie dziewczynka może - nawet jeśli to budzi zdziwienie - grać w piłkę? Albo nie mieć w sobie takiej konieczności i chcieć iść do świetlicy, zamiast na boisko? I to mówi profesorka Środa?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakie z tego tekstu płyną wnioski? Pierwszy jest taki, że Magdalena Środa uznała, iż jej dotychczasowe poglądy były błędne (brawo!), wobec czego, w dalszych krokach konsekwentnie wycofa się ze wszystkich działań proparytetowych. Ale jeśli nie, to wychodzi na to, że w całej walce o parytety wcale nie chodzi o realne potrzeby kobiet, ale o konkretne polityczne interesy grupy, która na hasłach równościowych chce zbić własny kapitał. To jak to jest, Pani Profesorko?&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. A tak przy okazji muszę się pochwalić. Ja też wytropiłem podły przejaw nietolerancji. Pani Profesorko, proszę uprzejmie popatrzeć, jak jest Pani podpisana pod swoim felietonem w Gazecie. Widzi Pani? No po prostu nikomu już nie można już ufać!&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-5154461379120796388?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/5154461379120796388/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=5154461379120796388' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/5154461379120796388'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/5154461379120796388'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/02/zagadka-magdaleny-srody.html' title='Zagadka Magdaleny Środy'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-7484612826330168729</id><published>2010-01-24T11:24:00.002+01:00</published><updated>2010-01-24T11:27:47.104+01:00</updated><title type='text'>Snuspełnienie</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Tym razem króciutko - jednak &lt;a href="http://tsulewski.blogspot.com/2010/01/i-have-dream.html"&gt;mój sen&lt;/a&gt; miał w sobie coś z proroctwa. Wielka Brytania &lt;a href="http://fronda.pl/news/czytaj/brytyjska_ustawa_o_nastepstwie_tronu"&gt;już rozpoczęła&lt;/a&gt;: "Tymczasem nie wiadomo jak zakończą się losy innej ustawy uderzającej w katolików – Prawo o równouprawnieniu. Według proponowanego projektu biskupom, którzy odmówiliby przyjęcia do seminarium zamężnemu mężczyźnie, kobiecie czy homoseksualiście, albo też chcieliby upomnieć kapłanów uwikłanych w skandale obyczajowe, grozi karą pieniężną, konfiskatą dóbr, a nawet więzieniem."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;em&gt;Sancte Michael Archangele&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;defende nos in proelio...&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-7484612826330168729?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/7484612826330168729/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=7484612826330168729' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/7484612826330168729'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/7484612826330168729'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/01/snuspenienie.html' title='Snuspełnienie'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-1139045756417270042</id><published>2010-01-21T11:05:00.003+01:00</published><updated>2010-01-21T14:26:17.598+01:00</updated><title type='text'>I have a dream</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Miałem dzisiaj sen. Śniło mi się, że w Polsce wprowadzono parytety płci. We władzach wszystkich urzędów, firm, stowarzyszeń, itd. obowiązkowe było zapewnienie 50% udziału kobiet i mężczyzn. Zanim do tego doszło przez kraj przetoczyła się ogromna, choć długotrwała kampania, nakierunkowana na zmianę świadomości społecznej w tym zakresie. Podkreślano w niej, jak ważne i sprawiedliwe jest to narzędzie, że wypływa z autentycznej troski o dobro obywateli i ich wolny rozwój. Kampania zakończyła się sukcesem i uchwalono nowe ustawy. Powołano także specjalny urząd, który otrzymał stosowne pełnomocnictwa do wykonywania nadzoru. Wszystkie instytucje, które nie chciałyby się podporządkować nowemu prawu, miały z zasady być rozwiązane, jako działające poza ustalonym porządkiem i buntujące się przeciwko sprawiedliwości społecznej. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Cały proces przeprowadzony został całkowicie legalnie, a &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;najbardziej &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;cieszyli się wszyscy ci, którzy od dawna walczyli o zagwarantowanie słusznych praw kobiet.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; "Polska dołączyła do krajów cywilizowanych, otwartych i tolerancyjnych", "Niech żyje wolność!", "Ostateczna sprawiedliwość" - głosiły nagłówki gazet. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozpoczęły się prace "wyrównujące". I dopiero, gdy &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;nowy porządek prawny stał się faktem, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; okazało się, o co tak naprawdę chodziło w całej tej grze. Urzędnicy, zgodnie z obowiązującym prawem, z nowymi ustawami pod pachą, udali się do hierarchów katolickich, żądając dostosowania działalności Kościoła do obowiązujących przepisów, tj. wprowadzenia parytetów wśród kapłanów i biskupów. Odmowa, z jaką się spotkali, zaowocowała wnioskiem o delegalizację działalności Kościoła katolickiego w Polsce, jako instytucji, która działa wbrew porządkowi publicznemu. Niezawisły sąd, działający w oparciu o obowiązujące prawo państwowe orzekł, że wniosek jest słuszny. Kościół został zdelegalizowany. Wtedy się obudziłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zimy pot po mnie nie spływał, ale fakt ten umocnił&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; tylko moje podejrzenie, że mógł być to sen proroczy. Mocno spiskowa teoria dziejów, prawda? Tak spiskowa, że aż nieprawdopodobna. Cały wielki ruch społeczny - tyle zachodu tylko po to, żeby zdelegalizować Kościół? Jednak coś jest na rzeczy - historycy wiedzą najlepiej, że akurat spiskowe teorie najczęściej okazują się prawdziwe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kościół jest dziś bardzo często jedyną poważną siłą, przeciwstawiającą się środowiskom walczącym z naturalną etyką i moralnością. Póki co realizują one (środowiska) skomplikowaną politykę marginalizacji kościelnych opinii, "sądowego" zastraszania, ewentualnie przedstawiania katolickich poglądów jako zbioru idiotyzmów, a Kościoła jako siedlisko zgnilizny. To jednak działania zbyt ograniczone, a na dodatek wymagają nieustannej czujności i nakładów. Ale gdyby udało się kiedyś doprowadzić do tego, żeby Kościół przestał istnieć! I gdyby jeszcze udało się to przeprowadzić nie w sposób rewolucyjny, ale całkowicie legalistyczny, przy pełnym poparciu całego społeczeństwa! Ach, jakże byłoby pięknie! Padłaby tama, a otwarte i tolerancyjne idee mogłyby w końcu rozlać się szeroką i niepowstrzymaną rzeką. Czy dla takiej sprawy nie byłoby warto zaprogramować i przeprowadzić szerokiej akcji, nawet obliczonej na lata?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Historia zna wiele przypadków, kiedy społeczeństwo służyło wyłącznie jako stado baranów, które cieszyły się, że wypędzono je na wspaniałe pole pełne zielonej trawy, gdzie będą się mogły pożywić, gdy tymczasem tak naprawdę wydeptywały teren pod czyjeś inne interesy. Ten ktoś z reguły nie był osobą publicznie znaną, ale miał jasno sprecyzowaną wizję i techniki społecznego wpływu, pozwalającego na manewrowanie niczego nie podejrzewającym stadem, które optymistycznie hasało, zadowolone z tego, że tak ładnie tyje. Przez Polskę przetacza się dziś po raz kolejny dyskusja o parytetach (krzyżach, aborcji, homoślubach..). A mnie śnią się dziwne sny. Co przyniesie przyszłość, jakie są prawdziwe motywacje gardłujących lewaków i kto tak naprawdę za tym wszystkim stoi - zobaczymy. Oby nie za późno.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-1139045756417270042?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/1139045756417270042/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=1139045756417270042' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/1139045756417270042'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/1139045756417270042'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/01/i-have-dream.html' title='I have a dream'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-5478445441199606427</id><published>2010-01-15T15:36:00.003+01:00</published><updated>2010-01-15T16:38:17.417+01:00</updated><title type='text'>Liberalny katar</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Na portalu "Nowy ruch liturgiczny" można przeczytać tłumaczenie &lt;a href="http://nowyruchliturgiczny.blogspot.com/2010/01/liberalizm-wyniszcza-koscio-katolicki.html"&gt;artykułu Hilary White&lt;/a&gt;, oryginalnie &lt;a href="http://www.lifesitenews.com/ldn/2010/jan/10011213.html"&gt;opublikowanego na LifeSiteNews&lt;/a&gt;, który zawiera krótką analizę stanu Kościoła we Francji. Danych nie będę powtarzał, słowo "katastrofa" jest wystarczającym komentarzem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W trakcie lektury przyszło mi do głowy za to, że może w tym szaleństwie jest jednak metoda. Francuscy biskupi i księża to istoty obdarzone wolną wolą. Zgodnie z nią, w okresie posoborowym, powprowadzali różne "wolnościowe" reformy, które dziś arcykatolickiemu niegdyś krajowi wychodzą bokiem. Ale Pan Bóg, szanując wolne wybory człowieka, obiecał jednocześnie, że bramy piekielne Kościoła nie przemogą. Tak więc może całe to liberalne bezhołowie, które opanowało Francję i inne zachodnie kraje, ma swój określony cel? Może chodzi o to właśnie, żeby się w drobny mak rozpadł ten francuski katolicyzm malowany, katolicyzm "jak-mi-się-podoba", katolicyzm "Kościół swoje, a ja swoje"? Żeby to wszystko runęło w gruzy, a na tych gruzach mógł rozwinąć się na nowo integralny i ortodoksyjny katolicyzm, który - póki co - trwa w tradycyjnych ruchach?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szkoda, co prawda, że z tych eksperymentów Kościół nad Loarą wyjdzie poobijany, a przy tym odarty z majątku (jakoś nie chce mi się wierzyć, że sprzedawane dziś kościoły jutro będą zwracane), ale może jest to koszt, który trzeba ponieść. Bóg swój lud prowadzi. 50 lat w historii Kościoła to niewiele - mniej więcej tyle, co trzydniowy katar. A co się dzieje z efektami kataru, to chyba wszyscy wiemy.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-5478445441199606427?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/5478445441199606427/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=5478445441199606427' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/5478445441199606427'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/5478445441199606427'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/01/liberalny-katar.html' title='Liberalny katar'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-9178402395993910397</id><published>2010-01-08T15:14:00.004+01:00</published><updated>2010-01-08T16:29:35.481+01:00</updated><title type='text'>Krzyż, a sprawa polska</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No i mamy kolejnego polskiego kandydata na ołtarze walki z krzyżem.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Pierwsi sprzyjającą koniunkturę zwęszyli licealiści z Wrocławia. Wiadomo – młodość dodaje skrzydeł. Ku niebu mediów zapragnął jednak wznieść się także pan Lesław Maciejewski, pozywając do sądu gminę Świnoujście, która, jego zdaniem, eksponując krzyże w urzędzie miejskim naruszyła jego dobra osobiste. Przyznać trzeba, że efekt został osiągnięty. Nie wątpię także, że i tym razem w sukurs bojownikowi o wolność ruszy z Kapelą na czele usłużny periodyk, a każdy, kto zechce ocenić aktywność pana Lesława w sposób nieprzychylny, będzie miał okazję empirycznie poznać rzeczywistość procesu sądowego.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ponieważ jestem człowiekiem czułym na punkcie wolności, przyszedł mi do głowy pomysł. Pan Lesław, co prawda, swoje pięć minut w mediach już wykorzystał, ale może pojawią się nowi. Otóż przypomniał mi się jeden z odcinków „Teraz My”, mniej więcej sprzed miesiąca, w którym to dyskutowano o sesji nagiej Joanny Krupy z wyeksponowanym krzyżem (o ile dobrze kojarzę ta ekspozycja dóbr pana Lesława nie naruszyła). Zaproszony do studia Zbigniew Hołdys, odpowiadając na pytanie Tomasza Sekielskiego, czy jeśli w Polsce znalazłoby się dziecko, którego rodzice mają inny, niż katolicki, światopogląd, to należałoby z klasy, gdzie takie dziecko się uczy, usunąć krzyż, wygłosił niezwykle płodną intelektualnie myśl: „Nie. Trzeba stworzyć temu dziecku możliwość nauczania w klasie, w której tego krzyża nie ma. Być może trzeba stworzyć nową klasę”.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jestem przekonany, że to rozwiązanie, w najmniejszym nawet stopniu nie rasistowskie i nie dyskryminacyjne (bo przecież nie ma nic szowinistycznego we wprowadzaniu w szkołach klas wyznaniowych, prawda?), dałoby się świetnie zaadaptować także do innych warunków. Drodzy koryfeusze pseudowolności, uwaga, podpowiadam: żądajcie nie tylko zdejmowania krzyży, nie tylko oddzielnych klas, ale też oddzielnych gabinetów lekarskich, pokoi w urzędach, sal kinowych, a nawet tramwajów dla wierzących i niewierzących! Czy już dostrzegacie, jak wspaniała to perspektywa? Ile czasu w mediach uda się Wam dzięki temu zagospodarować? I jaka wspaniała będzie nowa, wolna Polska?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Swoją drogą, Joanna Krupa walcząca o prawa zwierząt naprowadziła mnie jeszcze na inną myśl. Nie wszyscy czują się pewnie w tematach religijnych, a przecież oni też mogą chcieć pokazać się w telewizji. Na szczęście jest jeszcze mnóstwo niezagospodarowanych pól walki o wolność naszą i waszą. Mam pewną koleżankę, która ideologicznie nie je mięsa i uważa, że Ci, którzy jedzą, popełniają czyn haniebny. Myślę, że niezwłocznie powinna pozwać do sądu miasto stołeczne Warszawa, że urzędnicy, na jej oczach, jedzą kanapki z kiełbasą. No bo, pytam, czy to nie narusza jej dóbr osobistych?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Na koniec może trochę poważniej, bo jak wiadomo, rewolucjoniści raczej nie mają poczucia humoru. Powtórzmy to raz jeszcze: wolność osobista nie polega na tym, że – ignorując rzeczywistość – walczy się zaciekle o realizację własnych fantazmatów. Wegetarianie, bez względu na to, co sami o tym myślą, żyją w kraju, w którym jada się mięso i jest to element kultury. Niewierzący żyją w kraju, w którym elementem kultury są chrześcijaństwo i jego symbol, krzyż. I nie ma w tym nic nienormalnego, ani krzywdzącego. Wystarczy spróbować to zrozumieć. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-9178402395993910397?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/9178402395993910397/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=9178402395993910397' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/9178402395993910397'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/9178402395993910397'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2010/01/krzyz-sprawa-polska.html' title='Krzyż, a sprawa polska'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-6109685022743221112</id><published>2009-10-13T00:47:00.012+02:00</published><updated>2009-10-13T10:07:08.364+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='religia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ks. Skowronek'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kościół'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='święcenia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Benedykt XVI'/><title type='text'>Chrystus mógłby być kobietą</title><content type='html'>&lt;div align="left"&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Na łamach wczorajszego wydania Gazety Wyborczej ks. Alfons Skowronek w rozmowie z Aleksandrą Klich i Janem Turnauem postanowił stoczyć kolejną bitwę o prawa kobiet w Kościele (&lt;em&gt;&lt;a href="http://wyborcza.pl/1,87648,7135236,Feministyczna_rewolucja_Chrystusa.html"&gt;Feministyczna rewolucja Chrystusa&lt;/a&gt;&lt;/em&gt;, 12 października 2009). Warto przy tym zauważyć, że wywiad ten jest elementem większej kampanii, którą przygotował największy w kraju, (zarazem – jak powszechnie wiadomo – najbardziej dbały o dobro polskiego Kościoła) dziennik. Jej celem jest „przerwanie milczenia Kościoła w sprawie parytetów i równouprawnienia”. No cóż – to, że redaktorzy z ul. Czerskiej po raz kolejny postanowili pouczyć katolików, jak powinni myśleć, już mnie raczej nie zdziwi. Za to smutkiem napełnia mnie fakt, że ten niemłody już przecież kapłan po raz kolejny dał się niecnie wykorzystać w złej sprawie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tekst wywiadu, poza swoją ewidentną funkcją kabaretową, jest idealnym przykładem tego, do czego prowadzić może – także w praktyce rozmów o Kościele – potrzeba udowodnienia założonej z góry tezy. Potrzeba ta pcha ks. Skowronka m.in. do tendencyjnego wykorzystywania dla własnych celów autorytetu papieży. Ekumenista cytuje na przykład Benedykta XVI, który w 2006 roku powiedział: „&lt;em&gt;Wierzę, że kobiety z ich witalną dynamiką, liczebną przewagą i potencjałem niespożytej energii same odnajdą swe miejsce w Kościele, czerpiąc moc ze wzoru Matki Bożej i Marii Magdaleny&lt;/em&gt;”. Dla ks. Skowronka jest to oczywiście dowód na to, że papież zachęca kobiety do sięgania po należne im prawa. Nie dostrzega przy tym tego prozaicznego faktu, że ani Najświętsza Maryja Panna, ani Maria Magdalena, nie biegały po świecie z feministyczną pianą na ustach, żądając tego, co się im niby „słusznie należy”. Jeśli papież mówi o „swym miejscu” kobiet w rzeczywistości kościelnej wspólnoty, to – zgodnie z katolicką doktryną – w żadnym wypadku nie chodzi mu o ich wyświęcanie. Nie zniechęca to jednak ks. Skowronka, który wie lepiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy okazji w artykule „obrywa się” także Janowi Pawłowi II, który był co prawda „świętym człowiekiem”, ale „tkwił niekiedy w tradycji konserwatywnej”, czemu dał wyraz w sposób jednoznaczny i bezalternatywny przecinając dyskusje nad święceniem kobiet. Na szczęście jednak można, zdaniem ks. Skowronka, odpuścić mu to ewidentne faux pas, jako że po pierwsze papież-Polak napisał (w sumie chyba na swoją obronę) „list apostolski o godności kobiety &lt;em&gt;Mulieris dignitatem&lt;/em&gt;, akcentując równouprawnienie kobiety, przeciwstawiając je stosunkowi Kościoła do kobiet we wcześniejszych epokach”, a po drugie Kościół „dziś już tych dyskusji nie tłumi”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wypowiadając się w taki sposób ks. Skowronek udowadnia, że albo nie rozumie rzeczywistości kościelnej, albo jej po prostu rozumieć nie chce. Prawdą jest, że Kościół, od czasów listu apostolskiego &lt;em&gt;Ordinatio sacerdotalis&lt;/em&gt;, faktycznie nie tłumi dyskusji o ordynacji kobiet. Głównie jednak dlatego, że po słowach Jana Pawła II: „Aby zatem usunąć wszelką wątpliwość w sprawie tak wielkiej wagi, która dotyczy samego Boskiego ustanowienia Kościoła, mocą mojego urzędu utwierdzania braci (por. Łk 22, 32) oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom oraz że orzeczenie to powinno być przez wszystkich wiernych Kościoła uznane za ostateczne" nie widzi już dla niej pola. Sprawa została wyjaśniona i dalsze jej ciągnięcie grozić może co najwyżej interdyktem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taka perspektywa nie jawi się jednak najwyraźniej ks. Skowronkowi jako szczególnie groźna. Nie tylko w tym zresztą zakresie – wydaje się, że w ogóle dość lekko podchodzi on do kościelnych przepisów. Na stwierdzenie dziennikarki, że jej córka, która mieszka we Francji, rozdziela okazjonalnie Komunię Świętą pomimo, że nie jest urzędową szafarką Eucharystii (swoją drogą jest to dość interesujący termin prawny, nieznany w Kościele rzymskim), odpowiada: „I słusznie. Tak samo bym postąpił”. Deklaruje tym samym publicznie, że wystąpiłby otwarcie przeciwko przepisom zawartym m.in. w punkcie 155. Instrukcji &lt;em&gt;Redemptionis Sacramentum&lt;/em&gt;. Nie trzeba dużej fantazji, aby wysnuć na tej podstawie wniosek, jak bardzo ks. profesor przejmuje się zasadami swojego własnego kościoła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cóż to wszystko jednak dla człowieka, który ośmiela się korygować samego Zbawiciela? Z tekstu wywiadu dowiadujemy się oto, że Pan Jezus, przychodząc na świat dwa tysiące lat temu, popełnił fatalny błąd. „Dzisiejszy świat jest znacznie mniej patriarchalny niż ten, w którym żył. Razem z feministycznymi ruchami kobiet pojawiło się pytanie o to, jak rozumiemy rolę kobiety w Kościele i jak ona sama ją rozumie. Pojawiła się teologia feministyczna, która z jednej strony bada, w jakim stopniu Kościół przeniknięty był seksizmem, a z drugiej analizuje możliwości angażowania kobiet w pracę w Kościele”. Innymi słowy – niemądrze, oj niemądrze zrobił Chrystus objawiając się światu w Betlejem. Odmówił tym samym kobietom – nie wyzwolonym jeszcze przez XXI-wieczne feministki w rodzaju Magdaleny Środy i Wandy Nowickiej – prawa do pełnego uczestnictwa w swoim apostolstwie. Gdyby pojawił się dzisiaj, to na pewno powołałby kobiety na swoje kapłanki, a tak.. stracona szansa. Zresztą, ks. Skowronek w swoim uwielbieniu dla zrzuconych okowów męskiej dominacji idzie dalej, snując dywagacje na temat tego, czy Chrystus dziś nie objawiłby się jako kobieta. „To gdybanie, ale logiczne”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na skutek tych wszystkich pomysłów zapętla się ks. Skowronek dokumentnie. To, co w jednym akapicie ma przemawiać na korzyść jego argumentów, w kolejnym stoi z nimi w sprzeczności – zależnie, jak jest wygodniej. Co ciekawe, nie przeszkadza to ani dziennikarzom, ani samemu bohaterowi wywiadu. Ostatecznie przecież nie o prawdę tu chodzi, ale o tezę. A ta jest jasna: dzisiejszy Kościół wrednie krzywdzi kobiety. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left"&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="left"&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W pierwszej części wywiadu ks. profesor – skądinąd słusznie – opowiada o tym, że podejście Pana Jezusa do kobiet było w ziemskiej perspektywie jak na owe czasy rewolucyjne. Widzi w tym Jego boski „nonkonformizm”. Tyle tylko, że dosłownie chwilę później stwierdza, że Chrystus nie powołał do grona Dwunastu kobiety „ze względów kulturowych i społecznych. Gdyby w tamtym czasie, w patriarchalnej i paternalistycznej Judei, Chrystus uczynił kobiety apostołkami, wtedy własnymi rękami położyłby całe dzieło zbawienia. Skompromitowałby się. Nikt by mu nie zaufał”. Nie umie więc znany ekumenista zdecydować się ostatecznie, czy Zbawiciel płynął z prądem, czy pod prąd społecznych zasad.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nawiasem mówiąc, stosując taką argumentację, udowadnia ks. Skowronek, że przywołany już wcześniej list apostolski &lt;em&gt;Mulieris dignitatem&lt;/em&gt; czytał raczej pobieżnie, skoro nie dostrzegł tam fragmentu: „&lt;em&gt;Powołując samych mężczyzn na swych Apostołów, Chrystus uczynił to w sposób całkowicie wolny i suwerenny. Uczynił to z taką samą wolnością, z jaką w całym swoim postępowaniu uwydatniał godność i powołanie kobiety, nie dostosowując się do panującego obyczaju i tradycji sankcjonowanej ówczesnym ustawodawstwem. Tak więc hipoteza, że powołał jako Apostołów mężczyzn, stosując się do mentalności swoich czasów, wcale nie odpowiada sposobowi działania Chrystusa&lt;/em&gt;”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całość rozmowypo raz kolejny dowodzi, że ks. Skowronkowi jego własne fantazmaty pokrywają oczy bielmem tak szczelnie, iż nie widzi on, do czego prowadzą. Zaprzeczanie boskości Chrystusa (a do tego nieuchronnie sprowadza się stwierdzenie, że Bóg-człowiek, gdyby zechciał, nie mógłby ze względów społecznych (sic!) powołać do grona Apostołów kobiety, bo to położyłoby (sic!) dzieło zbawienia) nie jest z całą pewnością zgodne z doktryną wiary. I tylko żal bierze, że emerytowany profesor Uniwersytetu kard. Stefana Wyszyńskiego, wieloletni członek Komisji Episkopatu Polski ds. Ekumenizmu i Podkomisji ds. Dialogu z Kościołami zrzeszonymi w Polskiej Radzie Ekumenicznej może opowiadać tak piramidalne niedorzeczności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że ks. Skowronek niedowidzi. Pod koniec wywiadu, pytany o „koedukację” w Kościele, odpowiada: „To znakomity sposób na wychowanie. Wielokrotnie obserwowałem w Niemczech, jak ministrantki świetnie wpływają na swoich kolegów ministrantów. Sprawiają, że chłopcy stają się ambitniejsi, lepiej się koncentrują na modlitwie, są bardziej uważni i poważni”. No cóż, z moich długoletnich doświadczeń wychowawcy wynika wniosek wprost przeciwny. Młodzi chłopcy w towarzystwie dziewcząt dostają „małpiego rozumu” i zdolni są do różnych wariactw, byle tylko zwrócić na siebie ich uwagę. Każdy, kto popatrzy na dowolnie wybraną grupę nastolatków, dojdzie do takich samych wniosków. Może więc w takim razie czytelnik, widząc, że ks. Skowronek tak mylnie opisuje rzeczywistość w tym banalnie obserwowalnym punkcie, postanowi z pobłażaniem przyjąć też pozostałe jego rewelacje? Tej nadziei będę się trzymać. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-6109685022743221112?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/6109685022743221112/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=6109685022743221112' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6109685022743221112'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6109685022743221112'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2009/10/chrystus-mogby-byc-kobieta.html' title='Chrystus mógłby być kobietą'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-5850569184997958631</id><published>2009-09-23T14:04:00.003+02:00</published><updated>2009-09-23T14:13:40.252+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Alicja Tysiąc'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='sąd'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Gość Niedzielny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='aborcja'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabójstwo'/><title type='text'>W sensie ogólnym</title><content type='html'>&lt;span style="font-family:verdana;font-size:85%;"&gt;Katowicki sąd ogłosił wyrok w sprawie Alicji Tysiąc, nakazując "Gościowi Niedzielnemu" przeprosić powódkę i wypłacić jej 30 tys. zł tytułem zadośćuczynienia. Tym samym w mało wybredny sposób ograniczył wolność wypowiedzi tych wszystkich, którzy uważają aborcję za zabójstwo. Lewicowe aktywistki, które na swoich sztandarach hasła wolności i równości niosą dzielnie i odważnie, muszą być wniebowzięte.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Abstrahując już od wszystkich prawno-społecznych aspektów tego sporu (choć warto go bacznie analizować także i po to, aby dostrzec jak lewicowi ideowcy wykorzystują wymiar sprawiedliwości do osiągania własnych celów oraz to, jak ów wymiar odgrywa posłusznie rolę pożytecznego idioty), warto zatrzymać się chwilę nad niezmiernie ciekawym fragmentem uzasadnienia wyroku, jakie przedstawiła pani Ewa Solecka, prowadząca tę sprawę. Pani sędzia orzekła w nim m.in., że katolicy co prawda mogą wyrażać swoją dezaprobatę moralną wobec wykonywania zabiegu aborcji - czyli mówiąc wprost stwierdzać, że jest ona morderstwem - ale jedynie w sensie ogólnym, a nie w odniesieniu do konkretnej osoby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyznać muszę, że jestem pod niezwykle głebokim wrażeniem doniosłości tej myśli. Więcej - jestem przekonany, że to nowe spojrzenie na rzeczywistość pozwoli nam zupełnie przeformułować nasz sposób myślenia o świecie. Otóż wychodzi na to, że fakty i idee, które są czymś w sensie ogólnym, zupełnie nie muszą być tym czymś w sensie szczegółowym. Możemy - w sensie ogólnym - stwierdzić, że bicie żony jest złe, ale w odniesieniu do konkretnej osoby może okazać się, że jest to dobre. Okradanie sklepów, ogólnie rzecz biorąc, jest niemoralne, ale w odniesieniu do konkretnej osoby nie możemy tego piętnować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pociągnijmy to rozumowanie dalej - wychodzi na to, że zbiór samochodów, które zjeżdżają z taśm fabryki w Monachium, możemy nazywać BMW, ale konkretne egzemplarze to Honda, Toyota i Fiat. Zupa ogórkowa jest nią co do idei, ale jeśli w konkretnej restauracji, zamawiając takie właśnie danie, dostaniemy flaki, to nie powinniśmy mieć pretensji, bo to, co jest definiowane ogólnie, w szczegółach tym być nie musi. A jeśli kiedyś spotkamy kierowcę ciężarówki, który upierał się będzie, że jest stomatologiem, to będzie nam wolno stwierdzić, że nim nie jest, jedynie w sensie ogólnym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pani sędzi chciałbym pogratulować wkładu w rozwój polskiej humanistyki. Myślę, że niejeden filozof połamie sobie zęby na tym twórczym stwierdzeniu. Obstając jednak twardo przy zdaniu, że aborcja jest zabójstwem nie tylko w sensie ogólnym, ale równie konkretnie w sensie szczegółowym (gdy z zimną krwią mordowane jest bezbronne dziecko), chciałbym zadać jej pewne pytanie. Czy słusznie rozumiem, że jeśli pewnego dnia, na skutek jakiegoś nowego, bardzo postępowego, orzeczenia sądu, homoseksualni aktywiści osiągną sukces i wprowadzą w Polsce zakaz mówienia wprost, że homoseksualizm jest złem, to będzie to tylko zakaz generalny, który nijak się będzie miał do konkretnych przypadków? Ciężko mi w to uwierzyć, ale kto wie. Ostatecznie - kto mieczem wojuje, od miecza ginie. W sensie ogólnym, oczywiście.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-5850569184997958631?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/5850569184997958631/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=5850569184997958631' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/5850569184997958631'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/5850569184997958631'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2009/09/w-sensie-ogolnym.html' title='W sensie ogólnym'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-4055645203862890516</id><published>2009-09-05T10:21:00.003+02:00</published><updated>2009-09-05T10:24:01.886+02:00</updated><title type='text'>In private and in public</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Open thou mine eyes and I shall see,&lt;br /&gt;Incline my heart and I shall desire,&lt;br /&gt;Order my steps and I shall walk...&lt;br /&gt;In the ways of thy commandments.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Open thou mine eyes and I shall see,&lt;br /&gt;Incline my heart and I shall desire,&lt;br /&gt;Order my steps and I shall walk&lt;br /&gt;In the ways of thy commandments.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O Lord God, be thou to me a God&lt;br /&gt;And beside thee let there be none else,&lt;br /&gt;No other, nought else with thee.&lt;br /&gt;Vouchsafe to me to worship theeand serve thee&lt;br /&gt;According to thy commandments&lt;br /&gt;In truth of spirit,&lt;br /&gt;In reverence of body,&lt;br /&gt;In blessing of lips,&lt;br /&gt;In private and in public.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Amen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=fxmj397jyXw"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;http://www.youtube.com/watch?v=fxmj397jyXw&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-4055645203862890516?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/4055645203862890516/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=4055645203862890516' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/4055645203862890516'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/4055645203862890516'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2009/09/in-private-and-in-public.html' title='In private and in public'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_YdOKL5ywDPg/SKVHM2hDqqI/AAAAAAAAAAM/7y68w9iP_YI/S220/a_367ecd61.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-6263393397978995263</id><published>2008-08-13T00:00:00.004+02:00</published><updated>2008-08-13T00:18:31.472+02:00</updated><title type='text'>Wracając tam, gdzie byłem</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Coraz częściej mam wrażenie, że w życiu szukamy tego, co już nas kiedyś spotkało - trochę tak, jak inżynier Mamoń, który lubił tylko te piosenki, które już znał. Przyszło mi to głowy, bo zauważyłem, że w tym, co jest teraz, a co mi jest bliskie, odnajduję to co było. W twarzach nowo poznanych osób dostrzegam twarze dawnych przyjaciół, w obecnych zdarzeniach spostrzegam echa dawnych zdarzeń. I tęsknię do tego, co było kiedyś, a przez to, że tak właśnie tęsknię, ten czas miniony idealizuje się, wyidyllicznia, stając się też - czy chcę tego, czy nie - punktem odniesienia do porównań z tym, co aktualne. A bieżące wydarzenia z zasady nie mają szans w takim "starciu", bo nie pokryła ich jeszcze błogosławiona patyna zapomnienia, przez co to stare jeszcze bardziej zaczyna błyszczeć i tak oto staję się mimowolnie zakładnikiem swoich własnych rozczuleń.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednocześnie męczą mnie niezałatwione sprawy z przeszłości i targa mną (absurdalna w sumie) potrzeba załatwiania niewyjaśnionych waśni, zatargów, nieporozumień. Tak oto równolegle tęsknię za dawnymi przyjaciółmi i równie dawnymi wrogami. A nowi przyjaciele i nowi wrogowie powstają na fundamentach przeszłości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój znajomy powiedział mi niegdyś, że jak się zacznie wzruszać, słuchając piosenek z młodzieńczych lat, to będzie dowód na to, że jest już stary. Kto by pomyślał, że tak szybko może się to okazać...&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-6263393397978995263?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/6263393397978995263/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=6263393397978995263' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6263393397978995263'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6263393397978995263'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2008/08/wracajc-tam-gdzie-byem.html' title='Wracając tam, gdzie byłem'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='26' height='32' src='http://bp1.blogger.com/_PxFkl84L34A/R4VQmvGsgSI/AAAAAAAAACc/4jBw-d7w67U/S220/P02-12-07_18.35%5B2%5D.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-8188084081831645952</id><published>2007-12-27T12:13:00.000+01:00</published><updated>2007-12-27T22:39:09.005+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maryja'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='św. Józef'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Miłość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='walka duchowa'/><title type='text'>Walczący Józef</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Okazuje się, że warto czasem przeczytać "Tygodnik Powszechny". W świątecznym numerze o. Wojciech Prus OP &lt;a href="http://tygodnik.onet.pl/1459796,1,artykul.html"&gt;pisze&lt;/a&gt; o św. Józefie. I pisze ciekawie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Podoba mi się argument za tym, że św. Józef był młody. Nie dalej jak kilka dni temu zdarzyło mi się rozmawiać na ten temat (przy okazji śpiewania kolędy "Dzisiaj w Betlejem" - Józef stary, czy święty Ono pielęgnuje?), a tu - co prawda poniewczasie - bardzo przekonujący dowód. Ze swojej strony dodam, że nie wyłącznie ze względu na kwestie dziewictwa Maryi łatwiej jest sobie wyobrażać św. Józefa jako starca. Wiąże się to też z jego cichą, niezauważalną śmiercią, która nie wiadomo kiedy się dokonuje. Gdyby Józef umarł młodo, wiązałoby się to zapewne z jaką tragedią - a podświadomie milej jest założyć, że umarł, bo nadszedł już jego czas.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Gdyby jednak najciekawszą sprawą w artykule był wiek św. Józefa, to nie zawracałbym sobie tym głowy - ostatecznie jest to kwestia równie istotna dla mojego życia, jak długość brody świętego. Rzecz jest w "modlitwie, ciszy, samotności oraz walce duchowej".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wstyd się przyznać, ale wcześniej chyba niedoceniałem św. Józefa. Owszem, traktowałem go z czcią należną opiekunowi Chrystusa, miałem na względzie jego dobroć i oddanie, ale gdzieś tam w głębi umysłu miałem obraz - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;mea culpa&lt;/span&gt; - ciapy. Bóg kazał - Józef zrobił: zajął się Maryją, opiekował się Nią, potem chronił Świętą Rodzinę, aż wreszcie (jak się można domyślać) grzecznie pełnił rolę ziemskiego ojca. Umknął mi gdzieś szczegół, fragment zdania, wskazujący na wewnętrzny bunt, niezgodę, walkę: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;zamierzał oddalić Ją potajemnie&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;. [Mt 1, 19].&lt;br /&gt;Faktycznie, jak zda się sobie sprawę z idiotycznej sytuacji Józefa, to jest to wręcz porażające. Oto nagle młody człowiek dowiaduje się, że jego świeżo poślubiona żona ma dziecko - bynajmniej nie z nim. Nie wierzę, że przez Józefa nie przetoczyły się wszystkie możliwe negatywne emocje: niepewność, poczucie zawodu, bycia oszukanym, gniew, ból do samego dna istnienia. Czy nie wątpił w słowa Maryi, która opowiedziała mu o spotkaniu z Gabrielem? Ile razy rozważał w sobie pytanie, czy Jej słowa są prawdziwe? Na pewno miotał się w niepewności, w starciu z rzeczywistością, która go przewyższa, w rozdarciu pomiędzy tym co ludzkie i bliskie, a tym, co najwyraźniej ludzkie nie jest i przeraża swym istnieniem. Bo Józef był człowiekiem, mężczyzną, który żył, kochał, cierpiał i bał się. I oto właśnie ten mężczyzna, umęczony bólem i strachem, szukający jakiegoś dobrego wyjścia z tej pogmatwanej sytuacji, dostaje od Boga znak. Słyszy: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Noli timere!&lt;/span&gt; Nie bój się! Człowieku - tam gdzie jest Bóg, nie ma miejsca na strach! Zdejmij z siebie wszystkie uprzedzenia, odłóż na bok obawy, pójdź i skocz! I Józef "skacze", przez co czczony jest dziś jako święty. Robi to, choć nie musi, ma wszak wolną wolę. Jednak przełamuje w sobie to wszystko, co jest w nim ludzkim względem, jak Abraham, jak Eliasz, jak Jonasz - jak wszyscy ci mężowie, którzy (nawet jeśli z oporami) poddają się Bogu i w sumie dobrze na tym wychodzą. Bo nie da się źle wyjść na takim zaufaniu. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fascynujący jest jeszcze jeden obraz - Józefa kochającego Maryję. Maryja mówi mu, że spodziewa się dziecka. Mówi, że Ojcem tego dziecka jest sam Bóg. O. Prus stwierdza, że Józef musiał w tym momencie poczuć powiew nadprzyrodzoności, ale ja nie jestem tego taki pewien. Może poczuł. Ale może równie dobrze poczuł bezradność połączoną z pustym śmiechem. Żona mówi mu, że będzie miała dziecko... z Bogiem? Jak to z Bogiem? Przecież to niemożliwe! Pewnie wymyśla takie bajdurzenia, bo chce ochronić prawdziwego, absolutnie ziemskiego ojca!&lt;br /&gt;Co robi Józef? Czy wymyśla Maryję? Czy oddaje Ją sędziom, by - wiarołomnej - wymierzyli karę? Nie, on chce potajemnie Ją oddalić. Być może ma rację o. Prus, że jest to święty lęk, podobny do lęku Piotra. Ale może jest to reakcja mężczyzny ugodzonego w swoim oddaniu kobiecie, który jednak za nic w świecie, mimo cierpienia, nie chce Jej krzywdy, bo kocha Ją bardziej niż siebie? Dlatego poskramia w sobie odwetowe ciągoty i po prostu chce ją uwolnić - dopiero Anioł uświadamia mu głupotę tego działania. Ba, wyobrażam sobie Józefa, który obudziwszy się, idzie do Maryi ze świadomością, że wszystkie jego zastanowienia, wszystkie domysły okazały się pyłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może gdyby św. Józef od razu zaufał we wszystko, co mówi Maryja, miałby mniej psychicznych rozdarć. Tyle, że wtedy nie stoczyłby walki. Walki ze sobą - z jednej strony w relacji do Boga, z drugiej zaś do ukochanej osoby. Może jego walka była potrzebna nam - mężczyznom kolejnych pokoleń? Do mnie obraz Józefa, który miota się i gorączkuje, który plącze się w emocjach, który ostatecznie uznaje swoją małość i oddaje się całkowicie Boskiej woli i swojej małżonce przemawia bowiem niezwykle silnie.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-8188084081831645952?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/8188084081831645952/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=8188084081831645952' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/8188084081831645952'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/8188084081831645952'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2007/12/walczcy-jzef.html' title='Walczący Józef'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='26' height='32' src='http://bp1.blogger.com/_PxFkl84L34A/R4VQmvGsgSI/AAAAAAAAACc/4jBw-d7w67U/S220/P02-12-07_18.35%5B2%5D.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-1681954054667155830</id><published>2007-12-24T15:32:00.000+01:00</published><updated>2007-12-24T15:57:10.063+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Boże Narodzenie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='święta'/><title type='text'>Pożytki z przygotowań</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Tym razem szybki post z frontu przedświątecznego rozgardiaszu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Lubię ten czas, kiedy wszystko się kręci niesamowicie szybko, kiedy rozdrażnienie osiąga nieraz rejestry nienotowane zupełnie w ciągu reszty roku, kiedy wszyscy są zaaferowani, zabiegani i niezwykle zajęci.  I to wcale nie dla zapachów, które dochodzą z kuchni, nie dla smaku pierników, które się bezczelnie podjada i nie przez to, że się rodzina zjeżdża. To znaczy, to też są sprawy ważne, ale jest jeszcze inny powód.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nieprawda, że w przedświątecznym zamieszaniu traci się istotę Świąt, jak to lubią czasem ponarzekać różni mniej czy bardziej mądrzy komentatorzy. Otóż wprost przeciwnie - to właśnie w takim "światowym" pędzie, a nie w oderwaniu od niego, trzeba szukać Bożego Narodzenia. I można znaleźć.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;To jest właśnie czas łaski i czas wzrastania. Pomagając w porządkach i w kuchni uczymy się służby, i to służby cichej, nienachalnej. I w trakcie tej pomocy może widzimy, że nasza matka - bywa, że nadmiernie - jest podenerwowana i pokrzykuje na nas. Świetnie, to właśnie olbrzymia lekcja pokory i miłości. A tęsknota za Tymi, z którymi tak bardzo chcielibyśmy być podczas tych Świąt, a z którymi z różnych względów nie będzie nam być dane - czyż nie jest to pole do rozwijania w sobie ufności i nadziei? A cierpliwość, wyrabiana w kolejce w sklepie? A walka z lenistwem, kiedy nie chce się już sprzątać, a jednak się sprząta? A panowanie nad własnym gniewem podczas rodzinnych "potyczek"? Wyliczać można bez końca. Dziękujmy więc Bogu, że zesłał nam Swojego Syna jako Odkupiciela, bo dzięki temu uniżeniu my zostaliśmy wywyższeni. Ale nie zapominajmy także o dziękowaniu Mu za wszystko, co nas do tego błogosławionego czasu prowadzi.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;***&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;" class="c"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; Przebudź się, człowiecze: dla ciebie Bóg stał się człowiekiem! "Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus". Dla ciebie, powtarzam, Bóg stał się człowiekiem.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;" class="c"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Umarłbyś na wieki, gdyby On nie narodził się w czasie. Przenigdy nie byłbyś wyzwolony z ciała grzechu, gdyby On nie przyjął ciała, podobnego do ciała grzechu. Byłbyś skazany na niemiłosierną wieczność, gdyby Bóg nie okazał ci wiecznego miłosierdzia. Nie byłbyś przywrócony życiu, gdyby On nie poddał się dobrowolnie prawu śmierci. Bez Jego pomocy byłbyś zgubiony, zginąłbyś, gdyby nie przyszedł.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;span style="font-size:85%;"&gt;Świętujmy więc z radością nadejście naszego zbawienia i odkupienia. Świętujmy dzień uroczysty, w którym Ten, co sam jest jedynym i wiekuistym dniem Ojca, zechciał zstąpić w krótki i przemijający dzień doczesności. On "stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i uświęceniem, i odkupieniem, aby jak to napisano, w Panu się chlubił ten, kto się chlubi". &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;(...)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;" class="c"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; Radujmy się więc dostąpiwszy takiej łaski, a świadectwo sumienia niech będzie naszą chlubą; a wtedy będziemy się chlubili w Panu, a nie w sobie: Jest bowiem powiedziane: "Ty jesteś moją chwałą, Ty głowę mą wznosisz". Czy mógł nam Pan okazać większą łaskę? Swojego Jedynego Syna uczynił Synem Człowieczym, a synów ludzkich uczynił synami Bożymi.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;span style="font-size:85%;"&gt;A jeśli chcesz wiedzieć, jaka jest w tym twoja zasługa, jaki powód tak wielkiego daru i jaka twoja sprawiedliwość, to doszukując się przyczyn nie znajdziesz nic innego, jak tylko łaskę Boga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;(św. Augustyn, Kazanie 185)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Panie święty, Ojcze wszechmogący, wiekuisty Boże! Nie pozwól mi nigdy zapomnieć o Twojej łasce!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-1681954054667155830?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/1681954054667155830/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=1681954054667155830' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/1681954054667155830'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/1681954054667155830'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2007/12/poytki-z-przygotowa.html' title='Pożytki z przygotowań'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='26' height='32' src='http://bp1.blogger.com/_PxFkl84L34A/R4VQmvGsgSI/AAAAAAAAACc/4jBw-d7w67U/S220/P02-12-07_18.35%5B2%5D.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-1463536662113077391</id><published>2007-12-11T21:54:00.000+01:00</published><updated>2007-12-14T01:58:48.713+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='religia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Senyszyn'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='katecheza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='matura'/><title type='text'>Religia na świadectwie vs. świadectwo religii</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Cztery dni minęły zaledwie, a ja znów piszę. Ale to dlatego, że &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;chyba &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;pierwszy raz w życiu zgadzam się w jakiejś sprawie z Joanną Senyszyn.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chodzi o maturę z religii. Temat od kliku tygodni rozgrzewa łamy prasy i kineskopy telewizorów (czy telewizory jeszcze mają kineskopy..?), choć w sumie jestem przekonany, że raczej chodzi w tej całej sieczce o to, by nowemu rządowi wcisnąć szpilę/wygłosić laudację, niż o to, żeby poruszyć na poważnie sprawę. A warto ją poruszyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na wstępie zastrzegę się od razu, że nie jestem wielkim fanem religii w szkołach. Co innego krzyże na ścianach, a co innego przedmiot nauczania. Pamiętam jeszcze z własnej młodości wyprawy do salki przy kościele, gdzie po szkole chodziło się "na religię", co dawało jednocześnie posmak nie-zwykłości sprawy i budowało poczucie ważności. Nawet jeśli sam poziom zajęć nie odbiegał znacząco od tego, co dostają dziś dzieci na lekcjach (i nie, żebym się jakoś szczególnie wówczas przykładał do nauki), to i tak przez sam fakt tego, że trzeba było na te spotkania katechetyczne maszerować specjalnie, miały one wydźwięk wyjątkowy. Argumentów zaś, które przekonały decydentów do wprowadzenia religii do szkół, nie rozumiem. Nic się przez to nie zyskało, zatracono jedynie tę wyjątkowość. A opowieści o tym, że to taki świetny sposób na formowanie młodzieży w duchu wartości, żeby móc wyjść z komunistycznych zaszłości (por. np. tekst ks. Kazimierza Misiaszka SDB &lt;a href="http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TA/TAK/programy_naucz_religii.html"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Programy nauczania religii w szkole&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;) to bzdury na kiju, co jeszcze zamierzam pokazać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Skoro już mamy katechizację w szkole i ocenę na świadectwie, to trzeba do sprawy podejść profesjonalnie. I tu właśnie - niech mi Niebo wybaczy - muszę się zgodzić z posłanką LiD-u: nauczanie tego przedmiotu w polskich szkołach pozostawia sporo do życzenia. Na okoliczność eksplorowania tego tematu przeczytałem &lt;a href="http://www.katecheza.episkopat.pl/download/ppk.doc"&gt;"Podstawę programową katechezy w szkole&lt;/a&gt;". W dużej części jest znośna - myślę, że dobry nauczyciel/katecheta byłby w stanie w oparciu o ten dokument stworzyć bardzo interesujący autorski program nauczania, a potem zrobić zajmujące lekcje. Ano właśnie - dobry katecheta...&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Katecheci z założenia poruszają się po delikatnym gruncie najintymniejszych spraw człowieka. Muszą pomagać uczniom budować ich własną dojrzałość, wyposażać ich w wiedzę, ale także - zdecydowanie mocniej niż inni nauczyciele - wpływać na ich postawy. Rzecz to niełatwa, bo o ile uczeń, nie będąc nawet za mocno przekonanym co do prawdziwości praw matematyki, czy gramatyki, musi je stosować, to kwestie religii zasadzają się nieodwołalnie na fundamencie przekonań i wiary. Katecheta musi działać jak dobry wychowawca - musi przekonać ucznia, czasem w ciężkich bojach, że on chce poznać wiarę. Że chce uwierzyć. A takie przekonywanie nie może (nie powinno) mieć charakteru nakazu - masz uwierzyć!, tylko przedstawienia faktów, zachęcenia do ich analizy. Do wiary, do prawdy o niej, można przecież dojść także na drodze rozumowej. A bezwzględnie na drodze rozumowej trzeba tę wiarę pogłębiać. Trzeba, a więc i można.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Codzienność edukacji w polskim szkolnictwie jaka jest, każdy widzi. Negatywna selekcja do zawodu, niedoinwestowanie, brak pomysłów na ciekawe rozwiązania metodyczne, niedokształcenie, problemy wychowawcze, frustracja, niski prestiż społeczny i równe jemu zarobki. Na tym tle katecheci pewnie nie odstają jakoś dramatycznie od średniej, ale też tym sposobem wielu spośród nich do orłów raczej nie należy. Rzecz jednak w tym, że nawet kiepski matematyk, geograf czy historyk musi oceniać (i ocenia - nawet jeśli głupio) według jasno sprecyzowanych kryteriów wiedzy i umiejętności. A katecheci aż nazbyt często oceniają praktykę wiary. No bo nie da się inaczej określić sytuacji, w której piątkę dostaje ten, kto chodzi co tydzień do kościoła, a szóstkę taki ktoś, kto jeszcze należy do kółka różańcowego, albo podwórkowego koła Radia Maryja. To z kolei jest niestety wina wadliwych zapisów "Podstawy".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znajdujemy w niej m.in. takie opisy osiągnięć uczniów: &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;"Ucze­stnictwo w liturgii jako po­głę­bianie więzi z Chry­stusem i Jego Koś­ciołem, uzdalnia­jące do wyraźniej­szego za­angażowania się po stronie dobra", "Realizowanie potrzeby modlitwy", "Umiejętność religijnego prze­żywania rzeczy­wistości litur­gicz­nej"&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;. W samych sobie godne i sprawiedliwe - cieszyłbym się, gdyby wszyscy uczniowie nabyli takie umiejętności. Problem tylko w tym, że o ile można uczniowi w szkole przekazać wiedzę z zakresu religii (ot, choćby katechizmową), to nie da się na nim wymusić metodami szkolnymi tego, żeby wierzył. Wiara, to odpowiedź na Boże wezwanie, to współdziałanie z łaską otrzymaną od Boga. Ale już to samo zakłada, że łaskę trzeba otrzymać, rozpoznać i na nią odpowiedzieć. Ilu z nas ma z tym problemy w ciągu całego życia? Ile razy upadamy i nawracamy się? Dlaczego mielibyśmy wystawiać ocenę Panu Bogu z tego, w jaki sposób pisze po krzywych liniach życia danej osoby? Dlaczego mielibyśmy za Pana Boga wystawiać komuś cenzurkę z jego bycia katolikiem? I wreszcie - jakie oceny w świetle "Podstaw" należałoby wystawić nowotestamentalnym faryzeuszom?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nic dziwnego, że młodzi ludzie - niemal instynktownie - buntują się przeciwko takiemu podejściu do nich. Oni może i chcieliby poznawać swoją religię (tak jak szukając drogi duchowości z zainteresowaniem odkrywają buddyzm, islam, New Age i inne), ale muszą mieć do tego zapewnione bezpieczeństwo. A wielu katechetów idzie po najmniejszej linii oporu. Chodzi do kościoła? To znaczy, że dobry. Nie chodzi? To pała. Jakby nie można było nie chodzić do kościoła i nie modlić się, a świetnie znać religię katolicką. Takie podejście buduje nieufność, a nieufność rodzi dystans. Od dystansu zaś niedługa już droga do tego, żeby podczas lekcji religii odrabiać prace domowe, albo rzucać w katechetę ogryzkiem. Myślę, że ks. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Misiaszek zgodziłby się ze mną, że w ten sposób młodzieży się nie uformuje.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Rozumiem więc tym samym obiekcje tych wszystkich, którzy mówią, że matura z religii jest idiotycznym pomysłem. W takiej intuicji jest sporo racji. Tyle, że w swoich postulatach idą oni za daleko - na głupie problemy mają jeszcze głupsze rozwiązanie. Jeśli nie umiem używać mikrofalówki, bo nie przeczytałem, albo nie zrozumiałem instrukcji, to staram się tego nauczyć, a nie wyrzucam ją na śmietnik. Skoro źle prowadzone jest nauczanie religii, to trzeba poprawić praktykę, a nie w zupełności je likwidować. Trzeba być bowiem pustym klocem, żeby nie rozumieć, że w kraju takim jak Polska dobrze jest znać założenia religii, którą - w takim, czy innym stopniu - wyznaje zdecydowana większość mieszkańców, nawet jeśli się jest ateistą, czy innowiercą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tu (na szczęście) dochodzimy do kresu mojej wspólnoty mentalnej z panią Senyszyn. Z chwilą, gdy poprawi się błędy w nauczaniu religii, tak, by zamiast wiary oceniana była wiedza, to w imię czego mielibyśmy zabraniać religii stania się przedmiotem maturalnym? To znaczy ja wiem w imię czego - w imię lewackiego bełkotu o laickości państwa. Bo jeszcze, nie daj Boże, okaże się, że te biedne dzieci zaczną w religii odnajdywać prawdę, która w niej wszak jest. I, co gorsza, będą chciały zasady tej religii wprowadzać w życie. I, co już w ogóle jest horrendalne, stworzą w końcu na pewno fundamentalistyczny katolland. Czego i sobie, i PT Czytelnikom życzę.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:Bookman;font-size:8;"  &gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-1463536662113077391?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/1463536662113077391/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=1463536662113077391' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/1463536662113077391'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/1463536662113077391'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2007/12/religia-na-wiadectwie-vs-wiadectwo.html' title='Religia na świadectwie vs. świadectwo religii'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='26' height='32' src='http://bp1.blogger.com/_PxFkl84L34A/R4VQmvGsgSI/AAAAAAAAACc/4jBw-d7w67U/S220/P02-12-07_18.35%5B2%5D.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-6515624141152935855</id><published>2007-12-09T19:18:00.000+01:00</published><updated>2007-12-09T22:55:02.108+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='encyklika'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Nguyen Van Thuan'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Spe Salvi&quot;'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='nadzieja'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pokora'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Benedykt XVI'/><title type='text'>Nadzieja pokory</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wróciłem z rekolekcji. To oczyszcza - nie tylko w wymiarze duchowym, ale także fizycznym (trzy dni bez komputera, telefonu, dostępu do informacji o bieżących wydarzeniach, połączone z oderwaniem od codziennych problemów i regularnym żywieniem odbijają się pozytywnie na formie mojej doczesnej powłoki).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;***&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Pierwsze odkrycie tego czasu to &lt;a href="http://www.vatican.va/holy_father/benedict_xvi/encyclicals/documents/hf_ben-xvi_enc_20071130_spe-salvi_pl.html"&gt;nowa encyklika Benedykta XVI "Spe Salvi"&lt;/a&gt;. Niby nie dowiedziałem się z niej niczego szczególnie zaskakującego, czy nowego - o nadziei chrześcijańskiej czytałem wszak dużo, ale jakaż to intelektualna przyjemność, kiedy możesz przeczytać u kogoś swoje własne przemyślenia i przeczucia uporządkowane i sklarowane. A już tym bardziej, jeśli ten ktoś jest erudytą piszącym w bardzo przystępny sposób.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczarował mnie styl tekstu - potoczysty, przejrzysty, uporządkowany. Chwilami może aż nazbyt wyraźnie akademicki, co jednak w żadnym stopniu nie zakłóca jego czytelności. Ale nie w formie jest sedno, tylko w treści.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Papież fantastycznie analizuje istotę nadziei, nie tylko w sensie indywidualnym, ale także - co jest niezmierne mocno podkreślone - w wymiarze wspólnotowym, społecznym, wiążąc ją nierozerwalnie z wiarą (i tu pierwszy hit - sprzężenie zwrotne: brak wiary objawia się też w kryzysie nadziei &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;ergo&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; braku poczucia sensu życia, także w społeczeństwach; proste? proste!).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od tego płynnie przechodzi do rozprawienia się z materialistyczną i "postępową" wizją nadziei, opartej jedynie na wierze w człowieka i jego zdolności (i tu hit nr dwa: krytyka marksizmu jako systemu filozoficznego budującego nadzieję na złym fundamencie, z bezcennym spostrzeżeniem, iż "wolność zakłada, że przy podejmowaniu fundamentalnych decyzji każdy człowiek, każde pokolenie jest nowym początkiem"[cap. 24]).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całość zaś wieńczy analizą "szkół" nadziei, przestrzeni, w ramach których można w sobie samym wykuwać cnotę zaufania (hit nr 3: "Zaakceptować drugiego, który cierpi, oznacza bowiem  przyjąć na siebie w jakiś sposób jego cierpienie, tak że staje się ono również  moim. Właśnie dlatego jednak, że staje się ono teraz cierpieniem podzielanym, że  jest w nim obecny ktoś inny, oznacza to, że światło miłości przenika moje  cierpienie. Łacińskie słowo&lt;i&gt; con-solatio&lt;/i&gt;, pocieszenie, wyraża to w piękny  sposób, sugerując «bycie-razem» w samotności, która już nie jest samotnością."[cap.38]; jak to koresponduje z tym, że czasem, zamiast kogoś pocieszać, lepiej z nim po prostu być, prawda?).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I ostatnia sprawa, która ucieszyła mnie szczególnie w kontekście coraz liczniejszych wypowiedzi na temat nieograniczonego Bożego miłosierdzia, pustego piekła, itd. "Obydwie – sprawiedliwość i łaska – muszą być widziane w ich właściwym  wewnętrznym związku. Łaska nie przekreśla sprawiedliwości. Nie zmienia  niesprawiedliwości w prawo. Nie jest gąbką, która wymazuje wszystko, tak że w  końcu to, co robiło się na ziemi, miałoby w efekcie zawsze tę samą wartość."[cap. 44]. Ujęło mnie ciepło, przemawiające z tego fragmentu, tak bardzo odczuwalna bliskość z Bogiem - Sędzią sprawiedliwym, ale i nieskończenie łaskawym. Bo choć jestem przywiązany dość mocno do wizji Boga, który karze za grzechy (a nie tylko ze śmiechem poklepuje po plecach wszystkich, którzy przychodzą, mówiąc "wiesz, z tymi przykazaniami to takie żarty były") i mam głębokie podstawy do tego, żeby uważać, iż jest to wizja prawdziwa, to jednak dobrze jest mieć poczucie - ortodoksyjne - że Pan Bóg rozumie też moją małość i ma na nią wzgląd.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Druga sprawa to wielkość i potrzeba pokory. I znowu, żadne wielkie odkrycie... W tym chyba jednak leży właśnie natura rzeczy, żeby wciąż na nowo uświadamiać sobie własne niedostatki i po raz kolejny starać się szukać dróg wyjścia z własnego "ja".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pokora - matka wszystkich cnót. Z niej wyrastają przecież sprawiedliwość, roztropność, męstwo i umiarkowanie.  To ona pozwala zrozumieć i przyjąć - w relacji z Bogiem i z ludźmi - własne niedołęstwo, głupotę, niedostatek. To ona broni przed pychą, samozadowoleniem, narzucaniem siebie innym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Niech słyszą pokorni i niech się weselą!" (Ps 34 [33], 3). &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Domine, ut videam!&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;No i jest jeszcze rzecz trzecia, miód na moje tradycjonalistyczno-lefebvrystyczno-integrytyczno -ciemnogrodzkie kołtuństwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;"Laicy uważają, że świętość wywodzi się z gorliwych modlitw, głoszonych kazań lub odizolowania się od świata. Inspirują ich do tego rodzaju sądów postacie księży czy zakonników z zamierzchłych czasów. Natomiast księża i zakonnicy pojmują świętość jako wyraz aktywności społecznej lub politycznej i chcą na tym polu rywalizować z laikami. I tak oto znaleźliśmy się w królestwie chaosu!"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Fran%C3%A7ois_Xavier_Nguy%C3%AAn_Van_Thu%C3%A2n"&gt;kard. Francois Xavier Nguyen Van Thuan&lt;/a&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Droga Nadziei&lt;/span&gt;, pkt 22&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Słowa te kardynał napisał podczas swojego uwięzienia, już w 1975 roku. A mnie się przypomniało &lt;a href="http://www.b16.pl/przemowienia/1202,papiez_kler.html"&gt;przemówienie Benedykta XVI&lt;/a&gt; wygłoszone do duchowieństwa w archikatedrze warszawskiej. To wystarczy za komentarz.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-6515624141152935855?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/6515624141152935855/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=6515624141152935855' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6515624141152935855'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/6515624141152935855'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2007/12/nadzieja-pokory.html' title='Nadzieja pokory'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='26' height='32' src='http://bp1.blogger.com/_PxFkl84L34A/R4VQmvGsgSI/AAAAAAAAACc/4jBw-d7w67U/S220/P02-12-07_18.35%5B2%5D.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-7198872269547216247</id><published>2007-11-26T22:39:00.000+01:00</published><updated>2007-11-26T23:35:11.624+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ołtarz'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Msza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Miłość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kanon Rzymski'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Krzyż'/><title type='text'>Zapomniał o krzyżu</title><content type='html'>&lt;p style="text-align: justify; font-family: verdana;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=";font-size:85%;" &gt;W ostatni weekend byłem na konferencji, w ramach której - w sobotę wieczorem - odprawiona została Msza Święta. Przed Mszą podszedłem do znajomego księdza, który przygotowywał się do jej odprawienia, prosząc go, aby podczas Mszy użył tzw. I Modlitwy Eucharystycznej, czyli Kanonu Rzymskiego. Szczerze mówiąc spodziewałem się jakiegoś wykrętu, mniej lub bardziej przekonującego, bo do tej pory z reguły się z tym spotykałem - a to, że długa, a to że dany ksiądz jej nie używał od dawna (nigdy?) i teraz nie pamięta, jak to się robi. Tymczasem usłyszałem argument zaskakujący absolutnie: "Nie, bo do tej modlitwy konieczna jest koncelebra".&lt;br /&gt;Cóż, najpierw gwałtowanie opadła mi szczęka, ale natychmiast ją podniosłem, bo ogarnął mnie pusty śmiech. Zwróciłem delikatnie uwagę księdzu, że to chyba mało możliwe, skoro przez kilkaset lat koncelebra w codziennej celebracji Mszy w Kościele Rzymskim nie istniała, a Kanon Rzymski i owszem. I jakoś dawali sobie radę, skąd więc nagle pomysł, że się nie da? Ksiądz się stropił i obiecał, że sprawdzi, ale przekonanym się nie wydawał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dodatkowo sprawie kolorytu dodaje fakt, że to tego dnia używany był już w trakcie Mszy formularz z uroczystości Chrystusa Króla. Msza świąteczna, wyjątkowa, ostatnia niedziela przed Adwentem - generalnie radość i dostojeństwo. A tymczasem "ołtarz", na którym odprawiana była Msza zaimprowizowany został ze stołówkowej ławy, przykrytej (sic!) białą, papierową ceratą (to i tak dobrze, bo zdarzyło mi się uczestniczyć we Mszy odprawianej na gołej i odrapanej szkolnej ławce). Świec było na nim pięć, za to... nie było żadnego krzyża. Zapytany przeze mnie już po Mszy ksiądz, czemu tak się stało, stropił się ponownie i powiedział, że zapomniał. Zapomniał o krzyżu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lata mijają, a ja nie umiem ciągle wyjść ze zdumienia i irytacji. Jak to jest możliwe, że ja, świecki, lepiej niż kapłani Chrystusowego Kościoła wiem co należy, a czego nie wolno robić? Jak to jest, że dla mnie jest oczywiste, że na ołtarzu (niechby nawet zaimprowizowanym ze stołu) musi być krzyż i świece, że już o "starożytnej tradycji umieszczania relikwii Męczenników lub innych Świętych" nie wspomnę? Jak to jest, że znam przepisy liturgiczne mówiące o zachowaniu w prezbiterium, o szafarzach, o stroju? Jak to jest, że wiem, iż na dźwięk imion Jezusa i Maryi należy pochylić głowę, a w trakcie Credo, na słowa "zstąpił z nieba..." wykonać głęboki ukłon? Jak to jest, że rozumiem, że przed ołtarzem się nie przyklęka, a jedynie kłania, bo klęk jest zarezerwowany dla okazywania szacunku &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Sanctissimum&lt;/span&gt;? No i w swojej naiwności nie wiem. Bo - choć z trudem - mogę przyjąć, że nie wiedzą takich rzeczy świeccy (nikt ich tego nie uczy), to nijak nie umiem zrozumieć ignorancji duchownych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ksiądz musi kochać Kościół, bo bez tego nie ma co próbować być księdzem. A miłość zakłada wolę poznawania. Kapłan, który zaniedbuje tę prostą sprawę, który "zapomina", popełnia grzech zaniedbania Miłości. Tej właśnie Miłości, która jest najważniejsza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. A gdy tak podczas Mszy stałem i patrzyłem na "ołtarz" ustawiony w niezbyt czystej sali konferencyjnej, przyszło mi do głowy, że niewiele się przez 2000 lat zmieniło - dziś, tak jak i wówczas, Chrystus Król dostaje byle co..&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-7198872269547216247?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/7198872269547216247/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=7198872269547216247' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/7198872269547216247'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/7198872269547216247'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2007/11/zapomnia-o-krzyu.html' title='Zapomniał o krzyżu'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='26' height='32' src='http://bp1.blogger.com/_PxFkl84L34A/R4VQmvGsgSI/AAAAAAAAACc/4jBw-d7w67U/S220/P02-12-07_18.35%5B2%5D.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1596589318270094324.post-8966956575663722302</id><published>2007-11-18T16:21:00.000+01:00</published><updated>2007-11-18T18:45:29.865+01:00</updated><title type='text'>Na początek</title><content type='html'>&lt;p style="text-align: justify;font-family:verdana;"  class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Prowadzenie tego bloga rozpoczynam w niedzielę. Nie przypadkiem.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div&gt;            &lt;/div&gt;&lt;p  style="text-align: justify;font-family:verdana;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;Niedziela jest przez chrześcijan tradycyjnie uznawana za dzień pierwszy. To w tym dniu Jezus Chrystus zmartwychwstał, podnosząc ludzkość do godności przybranych dzieci Bożych, a zawierając z nią &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Novum Testamentum&lt;/span&gt;, Nowe Przymierze, dał jej nowy początek. Więc niech pierwszy dzień tygodnia, będzie też pierwszym dniem życia tej strony .&lt;o:p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p  style="text-align: justify;font-family:verdana;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jakby zupełnie na marginesie niedziela oddaje także charakter tego bloga – takim chciałbym go właśnie widzieć. Czytelnik nie znajdzie tutaj dziennika mojego życia, ani ekshibicjonistycznej wersji kroniki. Nie czuję także imperatywu co do tego, żeby uzupełniać go codziennie. Tak jak „niedzielni kierowcy” wyciągają swoje samochody z garaży tylko okazjonalnie, gdy muszą gdzieś pojechać, tak samo i ja chciałbym móc w tym miejscu umieszczać wpisy tylko wówczas, gdy będę miał rzeczywiście coś do (o)powiedzenia. Nadzieję mam jedynie taką, że poziom moich wpisów będzie wyższy, niż umiejętności „niedzielnych kierowców”. Ocenę pozostawiam Czytelnikowi.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p  style="text-align: center;font-family:verdana;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;***&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p  style="text-align: justify;font-family:verdana;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Hasłem tego bloga uczyniłem słowa: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ab illo benedicaris in cuius honore cremaberis&lt;/span&gt;. Niech pobłogosławi cię Ten, na czyją cześć będziesz się spalać. Wypowiada je kapłan, błogosławiąc kadzidło w trybularzu, podczas Mszy Świętej odprawianej w rycie trydenckim (czy – jak należałoby obecnie powiedzieć – nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego). &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p  style="text-align: justify;font-family:verdana;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Niech i dla mnie, i dla Czytelnika słowa te będą mottem i drogowskazem.&lt;o:p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: left; font-style: italic;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p  style="text-align: left; font-style: italic;font-family:verdana;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;AMDG &amp;amp; BMVH&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1596589318270094324-8966956575663722302?l=tsulewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tsulewski.blogspot.com/feeds/8966956575663722302/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1596589318270094324&amp;postID=8966956575663722302' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/8966956575663722302'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1596589318270094324/posts/default/8966956575663722302'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tsulewski.blogspot.com/2007/11/na-pocztek.html' title='Na początek'/><author><name>Tomasz Sulewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='26' height='32' src='http://bp1.blogger.com/_PxFkl84L34A/R4VQmvGsgSI/AAAAAAAAACc/4jBw-d7w67U/S220/P02-12-07_18.35%5B2%5D.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry></feed>
